wtorek, 10 marca 2020

Od Iryny do Jonatana

- Podałabym ci rękę ale niestety nawet najmniejszy ruch sprawia, że chce mi się płakać – moja wypowiedź była przepełniona ‘jadem’. Nie planowałam tego, wyszło samo z siebie. – Iryna. Nazywali mnie Aza  Zabrałeś mi przyjemność zabicia doktorka pojebusa i nigdy ci tego nie wybaczę chociaż patrzenie na to jak się przypieka było bardzo przyjemne – uśmiechnęłam się słodko.

- Jak się tam znalazłaś? – patrzył na mnie wyraźnie zainteresowany.
- Matka mnie sprzedała. Byłam najmłodsza z piątki rodzeństwa i żeby wykarmić resztę oddała mnie rządowi żeby mogli przeprowadzić sobie na mnie eksperymenty. W trakcie nich okazało się, że mój mózg jest lepszy od wszystkich na ziemi i postanowili zrobić ze mnie agentkę. Pięć lat spędziłam w tym ośrodku, z którego mnie zabraliście – próbowałam podciągnąć się na łokciach. Skończyło się tylko i wyłącznie na próbie. – Teraz ty powiedz mi gdzie jestem.

- Serdecznie witam piękną panią w instytucie Xaviera dla mutantów. Z tego co wiem nasi ludzie cię namierzyli. Bardzo chcieli cię w naszych szeregach ze względu na twój super móżdżek – dotknął mojego czoła. Spojrzałam na palec, który miałam między oczami. Zaśmiał się.

- Napiłabym się czegoś – mruknęłam rozglądając się po pokoju.

- Wody?

- Wódy – mruknęłam po rosyjsku co wyraźnie zrozumiał ponieważ na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Obiecuję, że jak tylko twoje ręce i nogi wrócą do stanu użytkowania zabiorę cię do najlepszego klubu w mieście. Pijesz na mój koszt – popatrzyłam na niego jak na idiotę i prychnęłam śmiechem.

- Chcesz stawiać Rosjance alkohol?

- Co w tym złego?

- W sumie, nie będę psuła ci niespodzianki. Bardzo chętnie się z tobą wybiorę.



Minęły dwa tygodnie. Codziennie widywałam się z Jonatanem. Był bardzo sympatyczny i szczerze mówiąc gdyby nie on dostałabym pierdolca. Leżenie w bezruchu przypominałoby mi siedzenie w zamkniętej celi bez wyjścia.

- Kupiłem ci coś. Pamiętasz moją obietnicę piękna, prawda? – byliśmy już w moim pokoju, który obecnie zajmowałam w akademiku. Żyłam z nadzieją, że już niedługo. Miałam dość bycia bez przerwy kontrolowaną i dusiłam się w tym pomieszczeniu. Wręczył mi spore pudełko.

- Ulala – mruknęłam wyciągając z niego czarną, przylegającą do ciała sukienkę. Prawy rękaw był długi, drugiego zaś brakowało. Sięgała mi do połowy uda. Do tego czarne sandałki na obcasie, kosmetyki i torebka. – Czym sobie zasłużyłam?

- Przecież nie pójdę z tobą ubraną w bluzę i jakiś dres do najlepszego lokalu w mieście tak?

- Nie będę wybrzydzać. Lubię prezenty.
- Będę u ciebie po siódmej Angelino – zaczął mnie tak nazywać od kiedy stwierdził, że wyglądam jak Angelina Jolie.

- Jasne. Będę czekać – odprowadziłam go do drzwi, które od razu zamknęłam. Trzeba mu przyznać, że totalnie trafił w mój gust.



O wyznaczonej godzinie czekałam na parkingu. Po raz ostatni poprawiałam czerwone usta szminką patrząc w małe lustereczko, które schowałam widząc pomarańczowego Shelby zatrzymującego się tuż przed moimi nogami. Przewróciłam oczami.

- Szpaner – mruknęłam wsiadając do środka. Sukienka ledwo zakrywała moje nogi. – Wiesz, że dzisiaj wrócisz do domu z pustym portfelem? – poprawiałam włosy patrząc w lusterko samochodu. – Ja się nie upijam. Mogę w siebie wlać litry. Nie wiesz na co się pisałeś Jonatanku – zaśmiałam się złowieszo i spojrzałam na niego.



<Jonatan?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz