Super, nie mogę spokojnie wyjść, napić się piwa. Dziewczyna, którą spotkałem, postanowiła radośnie, wplątać mnie w jakieś swoje interesy. Gdyby, nie to, że nie posiadam obecnie zbyt, wiele pieniędzy, po prostu, bym to olał. Nadal czekałem na odpowiedź z pracy. Nie dość, że wypiła to jeszcze, postanowiła prowadzić auto. W sumie mała pomoc, w załatwianiu jej spraw, mogła okazać się ciekawą przygodą.
- Dobra, skoro płacisz za to, a ja ostatecznie nie posiadam kasy, to wszystko mi jedno.
Nie, zamieniliśmy po drodze, już ani jednego słowa. Dopiero gdy wysiadłem z auta, zabrała głos.
- Jutro jestem po Ciebie o szóstej rano, mamy plan do obmyślenia.
- Dobra, będę gotowy.
Wróciłem do pokoju, położyłem się na łóżku i zasnąłem w opakowaniu. Dopiero gdy mój alarm zabrzmiał, poderwałem się, wskoczyłem pod prysznic, wskoczyłem w wygodne ciuchy, złapałem kanapkę w rękę i zrzedłem na dół. Iryna była po mnie punktualnie, otworzyłem drzwi od auta i wsiadłem.
- Dokąd jedziemy ?
- Do parku Villan, tam spokojnie pogadamy.
Dziewczyna ruszyła, z piskiem opon, aż mnie zdziwiło to, że nie jest jej ich szkoda, ale pewnie ma tyle hajsu, że może sobie pozwolić na ich częstą wymianę. Po dojechaniu na miejsce chciałem, wysiąść, ale dziewczyna mnie zatrzymała.
- Zostajemy tutaj, jakie masz moce ?
- Ja z tego, co wiem, oczy pozwalające przewisywać ruchy przeciwnika, bez problemu. Jest to zaleta podczas walki na bliskim dystansie, gdyż moge przygotować sprytny kontratak, zanim oponent wykona ruch lub zareagować w ostatniej chwili. Ponadto, moje kopiujące wirujące oczy znacznie zwiększają percepcję. Wyostrza wzrok, pozwala na dostrzeżenie rzeczy niemożliwych do zobaczenia dla normalnego oka. Mam możliwość kopiowania technik Taijutsu, jak i Ninjutsu, co pozwala mi zaskoczyć przeciwnika jego własnymi ruchami. Oczy te mają również umiejętność do widzenia przepływu chakry, co jest bardzo skuteczną kontrą dla Jutsu polegających na kamuflażu oraz sztuczek z bombami dymnymi. Ostatnią ze zdolności Sharingana jest możliwość przejrzenia, jak i rzucania paraliżujących technik Genjutsu na ofiarę. Jedną z nich jest Genjutsu: Sharingan.
- Czyli masz dobry wzrok.
- No raczej ja nadaje się do walki, ewentualnie odwrócenia uwagi.
- Dobra, a czy jesteś w stanie namierzyć tych typów?
- Widzę, energię życiową przez ściany, jak i z kilkunastu kilometrów więc nie będą w stanie nas zaskoczyć ani się przed nami schować.
- Dobra w takim razie ja zajmę się szukaniem ich. Gdy ich znajdziemy. Wchodzisz do akcji ze mną, jesteś oczami operacji, mają broń, która może zmienić człowieka w maszynę do zabijania, z tego, co zrozumiałam, nie mają szans, by cię trafić, więc będziesz walczyć, ja odbiorę i dostarczę przesyłkę, a ty będziesz mnie osłaniał, Pasuje ?
- Pasuje. - odpowiedziałem.
Iryna?
wtorek, 24 marca 2020
poniedziałek, 23 marca 2020
Od Archiego " Praca"
Nadeszła chwila aby rozejrzeć się nad jakąś pracą. Ten świat jest tak skonstruowany, że trzeba zarabiać pieniądze, nawet wtedy, gdy ma się super moce. Po czwartkowych od razu wróciłem do pokoju. Zdjąłem z siebie bluzę i położyłem się na łózko. Sięgnąłem po laptopa i zacząłem szukać ofert pracy. Już miałem zamiar rezygnować kiedy zobaczyłem ogłoszenie, które mnie zainteresowało. Poszukiwano instruktora jazdy konnej, co prawda dawno już nie jeździłem jakieś 4 lata ale przynajmniej miałem zrobiony kurs. Wziąłem się więc za pisanie swojego CV. Gdy skończyłem wydrukowałem je i położyłem na stole.
Poszedłem się ogarnąć, wziąłem szybki prysznic i ogoliłem się po czym wyciągnąłem z szafy biała koszulkę jeansową kurtkę i spodnie oraz białe adidasy. Schowałem dokument do teczki i wyszedłem z pokoju. Po dotarciu na miejsce zapukałem do biura.
- Proszę - usłyszałem spokojny damski głos.
Nacisnąłem na klamkę i wszedłem do środka.
- Witam ja w sprawie ogłoszenia, podobno poszukujecie instruktora - powiedziałem pewnym głosem.
- Tak proszę niech pan siada, mogę prosić pańskie CV
- Tak oczywiście - podałem jej teczkę.
Kobieta otworzyła ją i wyjęła z środka "dokument"-( tutaj proszę zdj na słowie dokument) zaczęła go czytać po czym zmierzyła mnie wzrokiem.
- No dobrze, to ja mam pytanie jakby pan wytłumaczył swojemu kursantowi co to jest ustawienie konia ?
- Ustawienie oznacza to, ze koń skręca głowę w bok w potylicy. Jeździec osiąga wyraźne ustawienie kiedy obciąża równomiernie obydwie kości kulszowe,wydłuża zewnętrzną wodze, bez utraty kontaktu. w prawidłowym ustawieniu jeździec zauważy kącik oka i krawędź nozdrza konia od wewnętrznej strony. przestawiając konia na przykład w zmianie kierunku, najpierw trzeba starannie ustawić konia na wprost działając pomocami aktywizującymi a dopiero potem zażądać nowego ustawienia. Najczęstszy błąd polega na tym,że jeździec wymusza ustawienie sztywną lub wyciągniętą wewnętrzną wodzą tym samym usztywnia koniowi szyje, uniemożliwiając wykrok i podstawienie wewnętrznej tylnej kończyny.Jeżeli zewnętrzna wodza blokuje ustawienie , dochodzi do skrzyżowania potylicy.
- Dobrze proszę zapisać tutaj swój numer na pewno się odezwiemy.
Wziąłem kawałek kartki i zapisałem cyferki po czym się podpisałem.
- Proszę - położyłem kartkę.
- Dobrze to wszystko Dziękuję.
- Dziękuje Do widzenia - odpowiedziałem po czym wyszedłem z biura i skierowałem się w stronę pokoju.
Nie ukrywam byłem troszkę zestresowany. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że na prawdę, zależało mi na tej pracy. Po powrocie, przebrałem się w wygodne ciuchy i położyłem na łóżku. odpaliłem film trzymając telefon blisko siebie, gdyby Pani z biura oddzwoniła do mnie.
- Proszę - usłyszałem spokojny damski głos.
Nacisnąłem na klamkę i wszedłem do środka.
- Witam ja w sprawie ogłoszenia, podobno poszukujecie instruktora - powiedziałem pewnym głosem.
- Tak proszę niech pan siada, mogę prosić pańskie CV
- Tak oczywiście - podałem jej teczkę.
Kobieta otworzyła ją i wyjęła z środka "dokument"-( tutaj proszę zdj na słowie dokument) zaczęła go czytać po czym zmierzyła mnie wzrokiem.
- No dobrze, to ja mam pytanie jakby pan wytłumaczył swojemu kursantowi co to jest ustawienie konia ?
- Ustawienie oznacza to, ze koń skręca głowę w bok w potylicy. Jeździec osiąga wyraźne ustawienie kiedy obciąża równomiernie obydwie kości kulszowe,wydłuża zewnętrzną wodze, bez utraty kontaktu. w prawidłowym ustawieniu jeździec zauważy kącik oka i krawędź nozdrza konia od wewnętrznej strony. przestawiając konia na przykład w zmianie kierunku, najpierw trzeba starannie ustawić konia na wprost działając pomocami aktywizującymi a dopiero potem zażądać nowego ustawienia. Najczęstszy błąd polega na tym,że jeździec wymusza ustawienie sztywną lub wyciągniętą wewnętrzną wodzą tym samym usztywnia koniowi szyje, uniemożliwiając wykrok i podstawienie wewnętrznej tylnej kończyny.Jeżeli zewnętrzna wodza blokuje ustawienie , dochodzi do skrzyżowania potylicy.
- Dobrze proszę zapisać tutaj swój numer na pewno się odezwiemy.
Wziąłem kawałek kartki i zapisałem cyferki po czym się podpisałem.
- Proszę - położyłem kartkę.
- Dobrze to wszystko Dziękuję.
- Dziękuje Do widzenia - odpowiedziałem po czym wyszedłem z biura i skierowałem się w stronę pokoju.
Nie ukrywam byłem troszkę zestresowany. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że na prawdę, zależało mi na tej pracy. Po powrocie, przebrałem się w wygodne ciuchy i położyłem na łóżku. odpaliłem film trzymając telefon blisko siebie, gdyby Pani z biura oddzwoniła do mnie.
Koniec
W komentarzu będzie napisane czy otrzymasz pracę.
Od Iryny CD Archie
– Ja mój drogi jestem tutaj w interesach - mruknęłam poprawiając usta czerwoną szminką po wypiciu zawartości szklanki. Od dłuższego czasu pracowałam jako najemniczka. Klienci wiedzieli, że właśnie w tym klubie mogą mnie spotkać, dokonać transakcji i czekać na wykonanie zlecenia. - Wybacz na moment - schowałam szminkę do nerki, którą miałam na biodrach. Pasowała idealnie do eleganckich kreacji i była bardzo wygodna. Pewnym, lecz bardzo kobiecym krokiem ruszyłam do loży, w której czekał już starszy mężczyzna. Siedział w towarzystwie dwóch hostess , którym kazał odejść kiedy tylko mnie zobaczył.
– Ah Iryno - westchnął. Nasza konwersacja prowadzona była w języku włoskim. - Mój Syberyjski kwiecie - uśmiechnął się i wskazał dłonią miejsce, które miałam zająć. Grzecznie to zrobiłam. Życie nauczyło mnie, że nie warto zadzierać z ojcami mafii.
– Witaj Benito - kąciki moich ust lekko się uniosły. - W czym mogę ci dzisiaj pomóc? - machnął ręką do jednej z kelnerek żeby przyniosła nam drinki. Skąpo ubrana blondynka przyniosła dwie szklanki.
– Sprawa jest banalna mała. Odzyskasz coś co powinno należeć do mnie - upiłam łyk trunku, który nam dostarczono. - Ostatnio kiedy byłem w interesach kutasy od Artema włamali się do mojej posiadłości.
– Co ci zwinęli? - zapytałam zaciekawiona.
– Broń, która jest w stanie rozpierdolić cały stan - zamrugałam kilka razy z niedowierzaniem.
– Wiem, że nie powinnam ale po co ci narzędzie masowej destrukcji? - zmarszczyłam delikatnie brwi.
– Najpierw myślałem nad tym, żeby zrobić z niej jakiś użytek ale żona mnie od tego odwiodła. Trzymałem ją w sejfie na wypadek gdyby ktoś kiedyś próbował mi grozić - westchnęłam głośno.
– Trzymałeś w domu atomówkę?
– To nie jest zwykła broń. Można powiedzieć, że to coś w rodzaju serum, szczepionki, która jest w stanie zmienić człowieka w super żołnierza - dopiłam drinka do końca.
– Trzy dni. Daj mi dokładne namiary na jego ludzi - wyciągnęłam telefon i uruchomiłam aplikację banku. - Tak jak zawsze, połowa przed robotą, reszta po - zbliżył swoją komórkę żeby przelać cześć mojego wynagrodzenia. Widząc powiadomienie o wpływie pięciocyfrowej liczby uśmiechnęłam się. - Interesy z tobą to czysta przyjemność - wstałam. Zrobił to zaraz po mnie. - Pozdrów Lily i dzieciaki. Wpadnę do was z tym kurestwem.
– Zawsze jesteś u nas miłe widziana - na pożegnanie pocałowaliśmy się w policzki. Z uśmiechem na twarzy wróciłam do baru przy którym dalej siedział rudzielec.
– Co tam? Jesteś już bardziej rozrywkowy? - dłonią dałam barmanowi znać żeby nalał mi jedną kolejkę.
– Szybko się uwinęłaś - wzruszyłam ramionami.
– Moi klienci zawsze wiedzą czego chcą więc nie musimy marnować czasu na niepotrzebne gierki.
– Ile bierzesz? - i wtedy zrozumiałam o co mu chodzi.
– Nie stać cię - puściłam mu oczko i poprosiłam o następna kolejkę kiedy skończyłam pić to co miałam w szklance.
– Skąd ta pewność?
– Nie jesteś głową włoskiej mafii - wyciągnęłam dłoń do przodu żeby przyjrzeć się swoim czarnym paznokciom. - Za wysokie progi na twoje nogi kotku - rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie. Popatrzyłam na niego z wyższością. - Chcesz się na coś przydać i wykorzystać nadmiar wolnego czasu? - co prawda wolę pracować sama ale przydupasek zawsze na coś się przyda.
– Zależy w co chcesz mnie wciągnąć.
– Zapłacę ci. Tyle powinno wystarczyć - podałam barmanowi kartę żeby zapłacić za wszystko. - Za niego też - mruknęłam. - Zbieraj manatki. Podrzucę cię do akademika - ruszyłam do szatni jednak zatrzymałam się przy drzwiach. - No rusz tą dupę - przewróciłam oczami. Niechętnie w końcu się ruszył. Wzięłam swoje futro i razem z rudym poszliśmy na parking.
– Nie ufam kobietom za kółkiem. Tym bardziej nie ufam pijanym kobietom za kołkiem - mruknął idąc za mną, a kiedy zatrzymaliśmy się przy lambo westchnął głośności. - Naprawdę masz zamiar prowadzić tą bestię?
– Boże zamknij się już i wsiadaj - przewróciłam oczami i usiadłam za kierownicą. Niechętnie zajął miejsce pasażera. Wyjechaliśmy na ulicę.
– W czym mogę pomóc kurtyzanie?
– Nie jestem dziwką rudzielcu. Robię za najemniczkę. Jeśli myślisz że chciałam cię wykorzystać to niestety zmartwię cię, nie jesteś w moim typie. W każdym razie zapłacę ci za pomoc. Obiecałam, że uwinę się z tym zadaniem w trzy dni, a to trochę nierealne. Wchodzisz w to?
<Archie?>
– Ah Iryno - westchnął. Nasza konwersacja prowadzona była w języku włoskim. - Mój Syberyjski kwiecie - uśmiechnął się i wskazał dłonią miejsce, które miałam zająć. Grzecznie to zrobiłam. Życie nauczyło mnie, że nie warto zadzierać z ojcami mafii.
– Witaj Benito - kąciki moich ust lekko się uniosły. - W czym mogę ci dzisiaj pomóc? - machnął ręką do jednej z kelnerek żeby przyniosła nam drinki. Skąpo ubrana blondynka przyniosła dwie szklanki.
– Sprawa jest banalna mała. Odzyskasz coś co powinno należeć do mnie - upiłam łyk trunku, który nam dostarczono. - Ostatnio kiedy byłem w interesach kutasy od Artema włamali się do mojej posiadłości.
– Co ci zwinęli? - zapytałam zaciekawiona.
– Broń, która jest w stanie rozpierdolić cały stan - zamrugałam kilka razy z niedowierzaniem.
– Wiem, że nie powinnam ale po co ci narzędzie masowej destrukcji? - zmarszczyłam delikatnie brwi.
– Najpierw myślałem nad tym, żeby zrobić z niej jakiś użytek ale żona mnie od tego odwiodła. Trzymałem ją w sejfie na wypadek gdyby ktoś kiedyś próbował mi grozić - westchnęłam głośno.
– Trzymałeś w domu atomówkę?
– To nie jest zwykła broń. Można powiedzieć, że to coś w rodzaju serum, szczepionki, która jest w stanie zmienić człowieka w super żołnierza - dopiłam drinka do końca.
– Trzy dni. Daj mi dokładne namiary na jego ludzi - wyciągnęłam telefon i uruchomiłam aplikację banku. - Tak jak zawsze, połowa przed robotą, reszta po - zbliżył swoją komórkę żeby przelać cześć mojego wynagrodzenia. Widząc powiadomienie o wpływie pięciocyfrowej liczby uśmiechnęłam się. - Interesy z tobą to czysta przyjemność - wstałam. Zrobił to zaraz po mnie. - Pozdrów Lily i dzieciaki. Wpadnę do was z tym kurestwem.
– Zawsze jesteś u nas miłe widziana - na pożegnanie pocałowaliśmy się w policzki. Z uśmiechem na twarzy wróciłam do baru przy którym dalej siedział rudzielec.
– Co tam? Jesteś już bardziej rozrywkowy? - dłonią dałam barmanowi znać żeby nalał mi jedną kolejkę.
– Szybko się uwinęłaś - wzruszyłam ramionami.
– Moi klienci zawsze wiedzą czego chcą więc nie musimy marnować czasu na niepotrzebne gierki.
– Ile bierzesz? - i wtedy zrozumiałam o co mu chodzi.
– Nie stać cię - puściłam mu oczko i poprosiłam o następna kolejkę kiedy skończyłam pić to co miałam w szklance.
– Skąd ta pewność?
– Nie jesteś głową włoskiej mafii - wyciągnęłam dłoń do przodu żeby przyjrzeć się swoim czarnym paznokciom. - Za wysokie progi na twoje nogi kotku - rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie. Popatrzyłam na niego z wyższością. - Chcesz się na coś przydać i wykorzystać nadmiar wolnego czasu? - co prawda wolę pracować sama ale przydupasek zawsze na coś się przyda.
– Zależy w co chcesz mnie wciągnąć.
– Zapłacę ci. Tyle powinno wystarczyć - podałam barmanowi kartę żeby zapłacić za wszystko. - Za niego też - mruknęłam. - Zbieraj manatki. Podrzucę cię do akademika - ruszyłam do szatni jednak zatrzymałam się przy drzwiach. - No rusz tą dupę - przewróciłam oczami. Niechętnie w końcu się ruszył. Wzięłam swoje futro i razem z rudym poszliśmy na parking.
– Nie ufam kobietom za kółkiem. Tym bardziej nie ufam pijanym kobietom za kołkiem - mruknął idąc za mną, a kiedy zatrzymaliśmy się przy lambo westchnął głośności. - Naprawdę masz zamiar prowadzić tą bestię?
– Boże zamknij się już i wsiadaj - przewróciłam oczami i usiadłam za kierownicą. Niechętnie zajął miejsce pasażera. Wyjechaliśmy na ulicę.
– W czym mogę pomóc kurtyzanie?
– Nie jestem dziwką rudzielcu. Robię za najemniczkę. Jeśli myślisz że chciałam cię wykorzystać to niestety zmartwię cię, nie jesteś w moim typie. W każdym razie zapłacę ci za pomoc. Obiecałam, że uwinę się z tym zadaniem w trzy dni, a to trochę nierealne. Wchodzisz w to?
<Archie?>
niedziela, 22 marca 2020
Od Lindsay
Minęło parę dni, odkąd dziewczyna zawitała na terenie Instytutu Xaviera. Przez ten czas zdążyła zaakceptować klimat tego miejsca, a także zaczęła rozpoznawać członków swojej klasy i twarze nauczycieli. Szybko spostrzegła, że jako jedyna zostawała po każdej lekcji przy wykładowcach, starając się zdobyć dodatkowy materiał krążący wokół przerobionego tematu. Problemem nie było to, iż czegoś nie rozumiała. Pilnie wsłuchiwała się w słowa profesorów, jednak jej ambicje potrzebowały większego zakresu. Choć z początku wynalazła sobie za dużo zajęć, sprawnie rozporządziła swój czas. Wpierw jej życie wyglądało, jakby szła według zegarka i najmniejszy błąd spowodowałby zaburzenie rytmu jej egzystencji. Zbyt bardzo czuła się spięta, toteż zdecydowała się na większy luz i spontaniczność. Wciąż trzymała się swojego pierwotnego planu, ale już nie tak ściśle.
Tego dnia zbudziły ją jedynie przyjemne promienie słońca, które przebiwszy się przez szybę okna, zaczęły ocieplać jej twarz. Uchyliła powieki zadowolona z faktu, iż to nie budzik jest jej katem tego poranka. Podniosła się do pionu i rozejrzała po pustym pokoju. Swoje wszystkie rzeczy porozkładała w taki sposób, iż dalej nie było widać jakichkolwiek oznak tego, ażeby ktokolwiek zamieszkiwał to pomieszczenie. Codziennie starannie ścieliła swoje łóżko, składając kołdrę w równą kostkę. Brała szybki prysznic i ubierała luźniejsze dresy, dodające jej swobody ruchu. W ten sposób poranne bieganie poprawiało jej humor. Nie tylko ona wpadała na taki pomysł. Sporo uczniów zrywało się, skoro tylko słońce wychyliło się za rogu, po czym wychodziło z akademika i ruszało na powietrze, w celu poprawienia swojej kondycji. Dla Lindsay była to okazja do rozładowania nadmiaru energii. Lekcje wychowania fizycznego jej nie wystarczały, ona potrzebowała większej dawki ruchu. W Instytucie brak było dodatkowych zajęć, bądź jakiegokolwiek klubu sportowego. Spore zainteresowanie wzbudziła w niej możliwość dołączenia do teatru, jednak musiałaby wtedy zmodyfikować swój plan dnia. Biegła ścieżką po terenach Instytutu, a otaczały ją jedynie drzewa. Z jej zamyśleń wyrwał ją dźwięk otwieranych drzwi. Zatrzymała się gwałtownie i rozejrzała po otoczeniu, szukając źródła hałasu. Spostrzegła, iż jest już przy skraju lasu. Obok niej stał stuletni budynek, którego spora część była obrośnięta gęstym bluszczem. Ze środka opuszczonego domu wyszedł dosyć wysoki chłopak o ciemnobrązowych włosach. Zauważył ją, ale nie wyglądało na to, aby się tym przejął. Jedynie spuścił wzrok i zakluczył drzwi, po czym jakby nigdy nic odwrócił się i ruszył spokojnym truchtem wzdłuż wyznaczonej ścieżki. Rudowłosa dziewczyna stała jeszcze moment w miejscu, obserwując z zainteresowaniem budynek. Dlaczego ten chłopak wyszedł z niego? Czemu miał do niego klucze? Mieszkał tam? Z każdą sekundą liczba pytań w jej głowie wzrastała. Rzuciła przelotne spojrzenie na zegar, zdobiący jej nadgarstek. Nie miała czasu na stanie i zastanawianie się nad tym wszystkim. Wróciła pędem do mieszkania i przebrała się w bardziej odpowiednie ciuchy do szkoły. Złapała plecak i poszła na zajęcia.
Tego dnia zbudziły ją jedynie przyjemne promienie słońca, które przebiwszy się przez szybę okna, zaczęły ocieplać jej twarz. Uchyliła powieki zadowolona z faktu, iż to nie budzik jest jej katem tego poranka. Podniosła się do pionu i rozejrzała po pustym pokoju. Swoje wszystkie rzeczy porozkładała w taki sposób, iż dalej nie było widać jakichkolwiek oznak tego, ażeby ktokolwiek zamieszkiwał to pomieszczenie. Codziennie starannie ścieliła swoje łóżko, składając kołdrę w równą kostkę. Brała szybki prysznic i ubierała luźniejsze dresy, dodające jej swobody ruchu. W ten sposób poranne bieganie poprawiało jej humor. Nie tylko ona wpadała na taki pomysł. Sporo uczniów zrywało się, skoro tylko słońce wychyliło się za rogu, po czym wychodziło z akademika i ruszało na powietrze, w celu poprawienia swojej kondycji. Dla Lindsay była to okazja do rozładowania nadmiaru energii. Lekcje wychowania fizycznego jej nie wystarczały, ona potrzebowała większej dawki ruchu. W Instytucie brak było dodatkowych zajęć, bądź jakiegokolwiek klubu sportowego. Spore zainteresowanie wzbudziła w niej możliwość dołączenia do teatru, jednak musiałaby wtedy zmodyfikować swój plan dnia. Biegła ścieżką po terenach Instytutu, a otaczały ją jedynie drzewa. Z jej zamyśleń wyrwał ją dźwięk otwieranych drzwi. Zatrzymała się gwałtownie i rozejrzała po otoczeniu, szukając źródła hałasu. Spostrzegła, iż jest już przy skraju lasu. Obok niej stał stuletni budynek, którego spora część była obrośnięta gęstym bluszczem. Ze środka opuszczonego domu wyszedł dosyć wysoki chłopak o ciemnobrązowych włosach. Zauważył ją, ale nie wyglądało na to, aby się tym przejął. Jedynie spuścił wzrok i zakluczył drzwi, po czym jakby nigdy nic odwrócił się i ruszył spokojnym truchtem wzdłuż wyznaczonej ścieżki. Rudowłosa dziewczyna stała jeszcze moment w miejscu, obserwując z zainteresowaniem budynek. Dlaczego ten chłopak wyszedł z niego? Czemu miał do niego klucze? Mieszkał tam? Z każdą sekundą liczba pytań w jej głowie wzrastała. Rzuciła przelotne spojrzenie na zegar, zdobiący jej nadgarstek. Nie miała czasu na stanie i zastanawianie się nad tym wszystkim. Wróciła pędem do mieszkania i przebrała się w bardziej odpowiednie ciuchy do szkoły. Złapała plecak i poszła na zajęcia.
***************
Po drugiej lekcji, jaką był język angielski, została chwilę, by dopytać profesora o jakiś dodatkowy materiał. Przy wychodzeniu z sali, zbyt gwałtownie popchnęła drzwi, przez co usłyszała jęk zza nich. Ktoś musiał mocno od niej oberwać tym kawałkiem drewna. Wychyliła się i pierwsze co ujrzała, to chłopaka, który rano wychodził z opuszczonego budynku. Teraz natomiast, lekko pochylony, trzymał rękę przy krwawiącym nosie. W pierwszej chwili w duszy dziewczyny nad troską wygrała ciekawość. Zamiast zapytać o jego stan na obecny moment, na język cisnęły jej się pytania związane z jego obecnością w tamtym budynku. Znała się jednak na zasadach kultury, więc uspokoiła swoje nadmierne zainteresowanie. Nie należała do osób wścibskich, ale jak coś nie dawało jej spokoju, to ciężko szło jej ignorowanie czegoś takiego.
- Nic ci nie jest? Przepraszam najmocniej, nie spodziewałam się, że ktoś będzie stał centralnie za drzwiami - mruknęła. Nie odezwał się, tylko wbił wzrok w rękę, po której spływała krew. Następnie obrócił się i szybkim krokiem zniknął jej z oczu, skręcając w pierwszy korytarz. Lindsay westchnęła ciężko. Powiedziała coś nie tak? Starała się być miła, choć niecodziennie zdarza jej się bić drzwiami nieznajomych ludzi. Usiadła na krześle przy sali, w której miała mieć następne zajęcia, jakimi była matematyka. Analizując otrzymany przez nauczyciela dodatkowy materiał spostrzegła, iż korytarzem szedł znowu ten chłopak. Najwyraźniej opanował sytuację z krwawiącym nosem, bo po ranie nie było ani śladu. Rudowłosa podniosła na niego wzrok i choć usłyszała dzwonek na kolejne lekcje, wstała i w pewien sposób zagrodziła mu drogę.
- Słuchaj, chciałabym cię jeszcze raz przeprosić za przywalenie drzwiami w twarz. Teraz możesz sobie już iść - machnęła ręką i odeszła. Czuła się zobowiązana do tego, by mężczyzna na pewno otrzymał od niej przeprosiny. Tego wymagała od niej kultura.
<Ethan?>
Od Archiego [Dołączenie]
Zawsze myślałem, że jestem normalnym człowiekiem. Nie byłem świadomy tego jak bardzo się myliłem. Prowadziłem normalne życie śmiertelnika jednak to jedno zdarzenie odmieniło moje życie na zawsze. Był zimowy wieczór kiedy szedłem ulicą miasta na spotkanie z moim najlepszym przyjacielem Dymitrm znaliśmy się odkąd pamiętam nasze rodziny się przyjaźniły od dzieciaka razem bawiliśmy się na palcu zabaw potem chodziliśmy do tej samej szkoły a żeby było tego mało to i tej samej klasy. Gdzie byłem ja tam i on, często nocowaliśmy u siebie a nasza przyjaźń była aż po sam grób. Gdy się spotkaliśmy od razu nasze nogi poniosły nas do sklepu gdzie kupiliśmy sobie kilka piwek po czym usiedliśmy na skraju lasu aby wypić je i pogadać. Dymitr zwierzał mi się ze swojego pierwszego zauroczenia ja zaś gadałem jak zwykłe coś o boksie. Nie pamiętam co dokładnie się stało, ktoś podbiegł do nas krzycząc niezrozumiałe słowa po czym uciekł w las. Gdy się obejrzałem mój przyjaciel leżał zakrwawiony na ziemi a ja poczułem niewyobrażalny ból ktoś stał nad nim z metalową rurką. Szybko odepchnąłem napastnika który uciekł, zadzwoniłem na pogotowie ale za nim dotarli on odszedł na moich kolanach. Płakałem jak dziecko nie wiedziałem co mam zrobić gdy ratownicy wsadzili jego ciało w czarny worek nie mogłem uwierzyć co się stało. Przecież to mogłem być ja dlaczego to nie byłem ja ? W duchu wciąż zadawałem sobie to pytanie. Mój film się urwał ocknąłem się dopiero wtedy gdy dusiłem morderce mojego przyjaciela. Krzyczał coś na temat oczy, tak widziałem wyraźnie wszystko nie wiem jakim cudem przewidywałem ruchy jego jak i policjantów którzy usiłowali mnie odciągnąć. Nagle z moich oczu zaczęła lecieć krew zostałem skuty i zabrano mnie na komisariat. Pomimo, że zabiłem kolesia nie wsadzono mnie do więzienia a wysłano w to dziwne miejsce. Od tamtego wieczoru minął ponad miesiąc przeprowadzono na mnie wiele badań. Stwierdzono, ze posiadam moc Sharingana i dokładnie wytłumaczono na czym to polega. Nigdy nie byłem zwykłym człowiekiem . Moc została aktywowana w momencie przeżywania ogromnego cierpienia związanego z morderstwem kumpla na moich oczach. W końcu mnie wypuszczono stałem się uczniem Instytutu Xaviera miałem swój pokój i chodziłem na specjalne zajęcia. W końcu przystosowałem się do panujących tutaj zasad oraz zaakceptowałem siebie.
~~~~
Kiedy wszystkie zajęcia tego dnia dobiegły końca postanowiłem wybrać się wieczorem samotnie do Pubu LiReve.
Wróciłem do swojego pokoju położyłem się na łóżko po czym zdrzemnąłem się godzinkę. Gdy wstałem postanowiłem lekko się odświeżyć i zjeść jakiś obiad na mieście w tym celu udałem się więc do restauracji Shmidt Studio. Zamówiłem sobie kurczaka z frytkami i cole. Byłem tak głodny, że zjadłem wszystko. Po wyjściu udałem się na krótki spacer po czym wróciłem do pokoju i przebrałem się w jeansy białą koszulkę i jeansową kurtkę następnie udałem się do Pubu. Usiadłem przy barze i zamówiłem sobie piwko, piłem je w samotności gdyż nikogo jeszcze nie nie znałem pomimo długiego pobyty w tym mieście. Nagle obok mnie usiadła jakaś wytatuowana laska. Od razu poczułem jak dokładnie mierzy mnie swoim spojrzeniem. Jednak postanowiłem się tym nie przejmować, może to dlatego, ze jestem rudy i moje włosy przyciągają uwagę innych.
-Pijesz ? - spytałem dość obojętnym tonem.
-Spoko, zamówię sobie – odparła
Po chwili barman podał jej drinka. Zamienili ze sobą kilka słów po czym ponownie zabrała głos.
-Jak ci na imię ?
-Archibald ale wole Archi.
-Iryna … od dawna tutaj jesteś ?
-Nie licząc badań to od niedawna a razem z tymi dziwnymi procedurami od dawna.
-Można wiedzieć jak tutaj trafiłeś ?
-Dostałem czerwonych krwawiących oczu i zamordowałem morderce mojego przyjaciela.
Po chwili barman podał mi kolejne piwo które wypiłem niemal duszkiem, zawsze tak robiłem gdy ktoś wchodził na ten drażliwy temat. Dziewczyna ponownie na mnie spojrzała i również zamówiła kolejnego drinka.
-Zamierzasz siedzieć i zamulać Archi ?
-Przeszedłem się tutaj po prostu napić a co masz jakąś propozycje ?
Iryna ?
~~~~
Kiedy wszystkie zajęcia tego dnia dobiegły końca postanowiłem wybrać się wieczorem samotnie do Pubu LiReve.
Wróciłem do swojego pokoju położyłem się na łóżko po czym zdrzemnąłem się godzinkę. Gdy wstałem postanowiłem lekko się odświeżyć i zjeść jakiś obiad na mieście w tym celu udałem się więc do restauracji Shmidt Studio. Zamówiłem sobie kurczaka z frytkami i cole. Byłem tak głodny, że zjadłem wszystko. Po wyjściu udałem się na krótki spacer po czym wróciłem do pokoju i przebrałem się w jeansy białą koszulkę i jeansową kurtkę następnie udałem się do Pubu. Usiadłem przy barze i zamówiłem sobie piwko, piłem je w samotności gdyż nikogo jeszcze nie nie znałem pomimo długiego pobyty w tym mieście. Nagle obok mnie usiadła jakaś wytatuowana laska. Od razu poczułem jak dokładnie mierzy mnie swoim spojrzeniem. Jednak postanowiłem się tym nie przejmować, może to dlatego, ze jestem rudy i moje włosy przyciągają uwagę innych.
-Pijesz ? - spytałem dość obojętnym tonem.
-Spoko, zamówię sobie – odparła
Po chwili barman podał jej drinka. Zamienili ze sobą kilka słów po czym ponownie zabrała głos.
-Jak ci na imię ?
-Archibald ale wole Archi.
-Iryna … od dawna tutaj jesteś ?
-Nie licząc badań to od niedawna a razem z tymi dziwnymi procedurami od dawna.
-Można wiedzieć jak tutaj trafiłeś ?
-Dostałem czerwonych krwawiących oczu i zamordowałem morderce mojego przyjaciela.
Po chwili barman podał mi kolejne piwo które wypiłem niemal duszkiem, zawsze tak robiłem gdy ktoś wchodził na ten drażliwy temat. Dziewczyna ponownie na mnie spojrzała i również zamówiła kolejnego drinka.
-Zamierzasz siedzieć i zamulać Archi ?
-Przeszedłem się tutaj po prostu napić a co masz jakąś propozycje ?
Iryna ?
sobota, 21 marca 2020
Od Iryny cd Jonatan
Przystałam na jego propozycję. Złapałam jego dłoń i dałam porwać się na parkiet. Jonatan przyciągnął mnie do siebie. Dłonie partnera spoczęły na moich biodrach, a moje ręce owinęłam wokół jego szyi.
– Chciałbyś mi może pomóc z taką jedną, niewielką sprawą? - patrzyłam mu prosto w oczy. Jak szczeniaczek. Uśmiechnął się nie wiedząc nawet o co dokładnie chodzi.
– Co to za sprawa? - poprawił kosmyk włosów, który zasłaniał moją twarz.
– Chcę otworzyć mały biznesik i będzie mi potrzebna pożyczka.
– Lecisz z grubej rury mała - poczułam jego dłonie na pośladkach. Mój malec spoczął na jego ustach.
– Ty również - drugą ręką pozbyłam się jego niesfornych łapek naruszających moją strefę komfortu. – Mogę tylko powiedzieć, że zyskasz na tej przysłudze - zabrałam palec. Położyłam dłoń na jego policzku. - To jak będzie? - jeśli czegoś chcę, dostanę to nieważne za jaką cenę. Nawet jeśli się nie zgodzi byłam w takim miejscu, w którym o łatwy zarobek nie było ciężko.
– Dlaczego miałbym ci zaufać? Mogłabyś równie dobrze zwiać z kasą i wymazać swoje istnienie - mruknął czekając na mój kontrargument.
– Liczyłam na łatwy start. Niestety w tych czasach o to ciężko - westchnęłam głośno. Pomalowałam go w policzek i wyszeptałam do ucha. - Nie musisz na mnie czekać - ugryzłam delikatnie jego płatek po czym odeszłam od niego. Był kompletnie zdezorientowany co szczerze mówiąc bardzo mnie usatysfakcjonowało. Sekundę później poczułam jak ktoś łapie mnie za rękę. Odruchowo przyszykowałam się do odparcia uderzenia jednak kątem oka widząc znajomą twarz uspokoiłam się.
– Chcesz mi coś udowodnić? - uniosłam jedną brew.
– Co masz na myśli? - naprawdę nie wiedziałam o co mu chodzi.
– Obraziłaś się bo ci odmówiłem?
– Słucham? Za kogo ty mnie uważasz? Jestem na poziomie intelektualnym dziesięć razy większym od twojego. Nie mam zamiaru dawać żadnej popisówy i naprawdę podziękuję za wsparcie od twojej osoby - zdenerwował podpitą Rosjankę. Nie był świadomy jakie piekło w tej chwili rozpętał. Patrzył na mnie nic nie mówiąc. Cały czas patrzył aż w końcu złapał moją twarz i przyciągnął do siebie. Zamrugałem kilka razy zdziwiona. Nie opierałam się. Dałam ponieść się chwili. - Wiesz co, możemy już wracać - mruknęłam odsuwając się od niego. - Zdecydowanie możemy - i znowu przyciągnęłam go do siebie. Potrzebowałam tego jak nigdy. Zgodził się delikatnym skinieniem. Poszliśmy po swoje rzeczy i chwile później byliśmy już w samochodzie. - Dasz radę prowadzić? - poprawiając szminkę, która rozmazała się podczas pocałunku zerknęłam na niego.
– Nie wypiłem dużo - wzruszył ramionami.
– Nie zabij nas - zaufałam mu ale i tak czułam się trochę niepewnie. Całe szczęście odstawił nas całych pod swój dom. Zaprowadził mnie do środka. Przy wejściu czekał doberman, który na mój widok zaczął warczeć pokazując bardzo nieprzyjemnie wyglądające kły.
– Idź do siebie - mruknął do psa. Od razu wykonał polecenie. Jakież te psy są inteligentne. Jonatan złapał mnie za dłoń i zaciągnął do swojej sypialni.
~~~~
Obudziłam się pierwsza. Podniosłam się do siadu i przetarłam zaspane powieki. Rozejrzałam się po pokoju żeby znaleźć zegarek. Stał na szafce nocnej. Dochodziło południe. Westchnęłam głośno. Wstałam z posłania. Przeciągnęłam się po czym zaczęłam zbierać z podłogi ubrania, które poprzedniej nocy porozrzucałam po całym pokoju. Dosłownie. Ubrałam je po czym nogi zaprowadziły mnie do kuchni. Byłam bardzo ’wczorajsza’. Nie chodzi o kaca tylko o wygląd. Rozczochrane włosy, rozmazany makijaż i wieczorowe ubrania. Postanowiłam przed wyjściem okraść właściciela z płatków. Zjadłam je siedząc na blacie.
<Jonatan?>
– Chciałbyś mi może pomóc z taką jedną, niewielką sprawą? - patrzyłam mu prosto w oczy. Jak szczeniaczek. Uśmiechnął się nie wiedząc nawet o co dokładnie chodzi.
– Co to za sprawa? - poprawił kosmyk włosów, który zasłaniał moją twarz.
– Chcę otworzyć mały biznesik i będzie mi potrzebna pożyczka.
– Lecisz z grubej rury mała - poczułam jego dłonie na pośladkach. Mój malec spoczął na jego ustach.
– Ty również - drugą ręką pozbyłam się jego niesfornych łapek naruszających moją strefę komfortu. – Mogę tylko powiedzieć, że zyskasz na tej przysłudze - zabrałam palec. Położyłam dłoń na jego policzku. - To jak będzie? - jeśli czegoś chcę, dostanę to nieważne za jaką cenę. Nawet jeśli się nie zgodzi byłam w takim miejscu, w którym o łatwy zarobek nie było ciężko.
– Dlaczego miałbym ci zaufać? Mogłabyś równie dobrze zwiać z kasą i wymazać swoje istnienie - mruknął czekając na mój kontrargument.
– Liczyłam na łatwy start. Niestety w tych czasach o to ciężko - westchnęłam głośno. Pomalowałam go w policzek i wyszeptałam do ucha. - Nie musisz na mnie czekać - ugryzłam delikatnie jego płatek po czym odeszłam od niego. Był kompletnie zdezorientowany co szczerze mówiąc bardzo mnie usatysfakcjonowało. Sekundę później poczułam jak ktoś łapie mnie za rękę. Odruchowo przyszykowałam się do odparcia uderzenia jednak kątem oka widząc znajomą twarz uspokoiłam się.
– Chcesz mi coś udowodnić? - uniosłam jedną brew.
– Co masz na myśli? - naprawdę nie wiedziałam o co mu chodzi.
– Obraziłaś się bo ci odmówiłem?
– Słucham? Za kogo ty mnie uważasz? Jestem na poziomie intelektualnym dziesięć razy większym od twojego. Nie mam zamiaru dawać żadnej popisówy i naprawdę podziękuję za wsparcie od twojej osoby - zdenerwował podpitą Rosjankę. Nie był świadomy jakie piekło w tej chwili rozpętał. Patrzył na mnie nic nie mówiąc. Cały czas patrzył aż w końcu złapał moją twarz i przyciągnął do siebie. Zamrugałem kilka razy zdziwiona. Nie opierałam się. Dałam ponieść się chwili. - Wiesz co, możemy już wracać - mruknęłam odsuwając się od niego. - Zdecydowanie możemy - i znowu przyciągnęłam go do siebie. Potrzebowałam tego jak nigdy. Zgodził się delikatnym skinieniem. Poszliśmy po swoje rzeczy i chwile później byliśmy już w samochodzie. - Dasz radę prowadzić? - poprawiając szminkę, która rozmazała się podczas pocałunku zerknęłam na niego.
– Nie wypiłem dużo - wzruszył ramionami.
– Nie zabij nas - zaufałam mu ale i tak czułam się trochę niepewnie. Całe szczęście odstawił nas całych pod swój dom. Zaprowadził mnie do środka. Przy wejściu czekał doberman, który na mój widok zaczął warczeć pokazując bardzo nieprzyjemnie wyglądające kły.
– Idź do siebie - mruknął do psa. Od razu wykonał polecenie. Jakież te psy są inteligentne. Jonatan złapał mnie za dłoń i zaciągnął do swojej sypialni.
~~~~
Obudziłam się pierwsza. Podniosłam się do siadu i przetarłam zaspane powieki. Rozejrzałam się po pokoju żeby znaleźć zegarek. Stał na szafce nocnej. Dochodziło południe. Westchnęłam głośno. Wstałam z posłania. Przeciągnęłam się po czym zaczęłam zbierać z podłogi ubrania, które poprzedniej nocy porozrzucałam po całym pokoju. Dosłownie. Ubrałam je po czym nogi zaprowadziły mnie do kuchni. Byłam bardzo ’wczorajsza’. Nie chodzi o kaca tylko o wygląd. Rozczochrane włosy, rozmazany makijaż i wieczorowe ubrania. Postanowiłam przed wyjściem okraść właściciela z płatków. Zjadłam je siedząc na blacie.
<Jonatan?>
Archie Andrews[Archiekins]

Imię i nazwisko: Archie Andrews [Archiekins]
Głos: KJ Apa - I'll Try
Życie:
- Wiek: 22 lata
- Płeć: Mężczyzna
- Data Urodzin:16.07
- Orientacja: Heteroseksualna
Moc: Sharingan-pozwala przede wszystkim na przewidywanie ruchów przeciwnika.
Jest to niesamowicie wielka zaleta podczas walki na bliskim dystansie,
gdyż użytkownik tych oczu z racji swoich proroczych zdolności może
przygotować sprytny kontratak zanim oponent wykona ruch lub zareagować w
ostatniej chwili. Ponadto, Kopiujące Wirujące Oczy znacznie zwiększają
percepcję osoby, która je posiada. Wyostrza wzrok, pozwala na
dostrzeżenie rzeczy niemożliwych do zobaczenia dla normalnego oka.
Kolejną zdolnością tego Kekkei Genkai jest możliwość kopiowania technik
zarówno Taijutsu, jak i Ninjutsu, co pozwala na zaskoczenie przeciwnika
jego własnymi ruchami. Oczy te mają również umiejętność do widzenia
przepływu chakry, co jest bardzo skuteczną kontrą dla Jutsu polegających
na kamuflażu oraz sztuczek z bombami dymnymi. Ostatnią ze zdolności
Sharingana jest możliwość przejrzenia, jak i rzucania paraliżujących
technik Genjutsu na ofiarę. Jedną z nich jest Genjutsu: Sharingan.
Klasa: 6
Pokój : Akademik nr 1, pokój nr 2
Praca: Instruktor jazdy konnej
Charakter: Archie jest życzliwy i uczynny, bardzo chętnie pomoże jeśli jest taka potrzeba. Ma dobre serce jest uczciwy, po prostu nie potrafi kłamać. Wobec przyjaciół i bliskich jest lojalny zawsze trzyma ich stronę i nigdy nie pozwoliłby sobie na zdradę. Archie pragnie chronić swoich bliskich przed całym złem tego świata, to opiekuńczy chłopak. Jednak te cechy wcale nie odbierają mu jego męskości gdyż potrafi być arogancki i agresywny. Wcale nie jest tak ciężko nakłonić go do bójki ani ostrej wymiany zdań. Nigdy nie pozwala sobie wejść na głowę. Ma problemy z trzymaniem nerwów na wodzy czasami po prostu wybucha i najlepiej zostawić go wtedy samego. Najbardziej cierpi w obliczu bezradności kiedy widzi jak jego przyjaciele cierpią a on może tylko stać i patrzeć gdyż nie jest w stanie zrobić niczego co mogło by złagodzić ból. Niestety mimo wszystko posiada niską samoocenę czasami czuje, że nie jest wiele wart. Bywa naiwny do tego stopnia że przestaje odróżniać dobro od zła. Ulega autodestrukcyjnym pokusą,łatwo jest go zmanipulować. Nie potrafi zdecydować się co do swoich uczuć co wskazuje na to, że był w wielu związkach. Jet również osobą zmienną co do swoich pasji ma wiele talentów, dusze artysty jednak mimo to woli boks i walki w klatkach oraz futbol amerykański.
Aparycja: Archie jest wysokim facetem o bladej karnacji. Ma rude włosy zazwyczaj niechlujnie roztrzepane gdyż nie chce mu się ich zazwyczaj układać. Jego oczy są brązowego koloru chyba że używa swoich mocy wtedy zmieniają barwę na czerwone. Dużo czasu spędza ćwicząc co sprawiło, że stał się dość muskularny. Na jego prawym ramieniu znajduję się tatuaż w kształcie węża który utożsamia go z przynależnością do gangu ''Southside serpent”
Poziom Mutanta: 1
Klasa: 6
Pokój : Akademik nr 1, pokój nr 2
Praca: Instruktor jazdy konnej
Charakter: Archie jest życzliwy i uczynny, bardzo chętnie pomoże jeśli jest taka potrzeba. Ma dobre serce jest uczciwy, po prostu nie potrafi kłamać. Wobec przyjaciół i bliskich jest lojalny zawsze trzyma ich stronę i nigdy nie pozwoliłby sobie na zdradę. Archie pragnie chronić swoich bliskich przed całym złem tego świata, to opiekuńczy chłopak. Jednak te cechy wcale nie odbierają mu jego męskości gdyż potrafi być arogancki i agresywny. Wcale nie jest tak ciężko nakłonić go do bójki ani ostrej wymiany zdań. Nigdy nie pozwala sobie wejść na głowę. Ma problemy z trzymaniem nerwów na wodzy czasami po prostu wybucha i najlepiej zostawić go wtedy samego. Najbardziej cierpi w obliczu bezradności kiedy widzi jak jego przyjaciele cierpią a on może tylko stać i patrzeć gdyż nie jest w stanie zrobić niczego co mogło by złagodzić ból. Niestety mimo wszystko posiada niską samoocenę czasami czuje, że nie jest wiele wart. Bywa naiwny do tego stopnia że przestaje odróżniać dobro od zła. Ulega autodestrukcyjnym pokusą,łatwo jest go zmanipulować. Nie potrafi zdecydować się co do swoich uczuć co wskazuje na to, że był w wielu związkach. Jet również osobą zmienną co do swoich pasji ma wiele talentów, dusze artysty jednak mimo to woli boks i walki w klatkach oraz futbol amerykański.
Aparycja: Archie jest wysokim facetem o bladej karnacji. Ma rude włosy zazwyczaj niechlujnie roztrzepane gdyż nie chce mu się ich zazwyczaj układać. Jego oczy są brązowego koloru chyba że używa swoich mocy wtedy zmieniają barwę na czerwone. Dużo czasu spędza ćwicząc co sprawiło, że stał się dość muskularny. Na jego prawym ramieniu znajduję się tatuaż w kształcie węża który utożsamia go z przynależnością do gangu ''Southside serpent”
Poziom Mutanta: 1
Kontakt: Bad Boy[Howrse]
czwartek, 19 marca 2020
Od Jonatan'a cd Iryny
- Nie martw się, możesz pić ile chcesz - odparłem z uśmiechem i ruszyłem z piskiem opon.
Zaparkowałam na parkingu niedaleko pubu LiReve. Otworzyłem drzwi od strony pasażera. Gdy wysiadła ruszyliśmy do Pubu. Kolejka była duża do wejścia, a nie każdy mógł wejść. Tylko bogaci i zaufani mogli. Gdy była nasza kolej powitał nas "goryl". Spojrzał na nas jak na intruzów. Wyciągnąłem z tylnej kieszeni złota kartę i pokazałem mu. Nic nie powiedział tylko się odsunął.
Gdy weszliśmy przywitała nas muzyka i zapachy perfum. Były dwa rodzaje przebywających w klubie. Ci co mieli srebrną kartę byli mniej zamożni ale godni zaufania. Złotą posiadali nieliczni i mieli wstęp do strefy vip. Zaprowadziłem Rosjankę do specjalnej strefy vip, i wybrałem miejsce na uboczu.
- Usiądź zamówię kilka drinków - uśmeichnąłem się
Ruszyłem do baru. Po drodze mijałem balowiczów. Jedni byli już wstawieni i zapowiadało się, że będzie dziś bójka. Zamówiłem parę drinków do naszego stolika i gdy wracałem napotkałem właścicielkę Pubu niejaką Li. Przyjaźniliśmy się. Pocałowałem ją w policzek i chwile z nią porozmawiałem. Lecz wróciłem po 10 min do Iryny, usiadłem koło niej.
- Zamówiłem wódkę - odparłem - kazałem barmanowi wybrac jakie zrobi - uśmiechnałem się
Widziałem, że dziewczyna przygląda sie właścicielce.
- To jest właściecielka - odparłem - lepiej z nią nie zaznyać - zaśmiałem się
- Długo ją znasz ? - zapytała
- Nie dość - odpałem - Ale jakoś wpadliśmy sobie do gustów - uśmiechnąłem się szarmandzko - często załatwiam dla niej sprawy. Dzięki temu mogę sobie zarobić.
Po chwili przyszedł barman z zamówieniem. Podał nam 2 szklanki z wódka i dodatkami. Następnie ustawił jeszcze 2 drinki lecz z czymś innym. Zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym. Po ja niestety nie wypiłem więcej niż 2 drinki. Wiedziałem, że mogę nie dać rady prowadzić. Iryna szła w zaparte i nie zatrzymywała się po 6 drinkach. Nagle usłyszeliśmy jakąś bójkę na parkiecie. Niestety Li nie przepadała za bójkami w barze i kazała ochronie ich wyprowadzić. Spojrzałem na Irynę.
- Czy pani pozwoli do tańca ?- spytałem wstając i wystawiając ręke
Iryna?
Zaparkowałam na parkingu niedaleko pubu LiReve. Otworzyłem drzwi od strony pasażera. Gdy wysiadła ruszyliśmy do Pubu. Kolejka była duża do wejścia, a nie każdy mógł wejść. Tylko bogaci i zaufani mogli. Gdy była nasza kolej powitał nas "goryl". Spojrzał na nas jak na intruzów. Wyciągnąłem z tylnej kieszeni złota kartę i pokazałem mu. Nic nie powiedział tylko się odsunął.
Gdy weszliśmy przywitała nas muzyka i zapachy perfum. Były dwa rodzaje przebywających w klubie. Ci co mieli srebrną kartę byli mniej zamożni ale godni zaufania. Złotą posiadali nieliczni i mieli wstęp do strefy vip. Zaprowadziłem Rosjankę do specjalnej strefy vip, i wybrałem miejsce na uboczu.
- Usiądź zamówię kilka drinków - uśmeichnąłem się
Ruszyłem do baru. Po drodze mijałem balowiczów. Jedni byli już wstawieni i zapowiadało się, że będzie dziś bójka. Zamówiłem parę drinków do naszego stolika i gdy wracałem napotkałem właścicielkę Pubu niejaką Li. Przyjaźniliśmy się. Pocałowałem ją w policzek i chwile z nią porozmawiałem. Lecz wróciłem po 10 min do Iryny, usiadłem koło niej.
- Zamówiłem wódkę - odparłem - kazałem barmanowi wybrac jakie zrobi - uśmiechnałem się
Widziałem, że dziewczyna przygląda sie właścicielce.
- To jest właściecielka - odparłem - lepiej z nią nie zaznyać - zaśmiałem się
- Długo ją znasz ? - zapytała
- Nie dość - odpałem - Ale jakoś wpadliśmy sobie do gustów - uśmiechnąłem się szarmandzko - często załatwiam dla niej sprawy. Dzięki temu mogę sobie zarobić.
Po chwili przyszedł barman z zamówieniem. Podał nam 2 szklanki z wódka i dodatkami. Następnie ustawił jeszcze 2 drinki lecz z czymś innym. Zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym. Po ja niestety nie wypiłem więcej niż 2 drinki. Wiedziałem, że mogę nie dać rady prowadzić. Iryna szła w zaparte i nie zatrzymywała się po 6 drinkach. Nagle usłyszeliśmy jakąś bójkę na parkiecie. Niestety Li nie przepadała za bójkami w barze i kazała ochronie ich wyprowadzić. Spojrzałem na Irynę.
- Czy pani pozwoli do tańca ?- spytałem wstając i wystawiając ręke
Iryna?
wtorek, 10 marca 2020
Od Iryny do Jonatana
- Podałabym ci rękę ale niestety nawet najmniejszy ruch sprawia, że chce mi się płakać – moja wypowiedź była przepełniona ‘jadem’. Nie planowałam tego, wyszło samo z siebie. – Iryna. Nazywali mnie Aza Zabrałeś mi przyjemność zabicia doktorka pojebusa i nigdy ci tego nie wybaczę chociaż patrzenie na to jak się przypieka było bardzo przyjemne – uśmiechnęłam się słodko.
- Jak się tam znalazłaś? – patrzył na mnie wyraźnie zainteresowany.
- Matka mnie sprzedała. Byłam najmłodsza z piątki rodzeństwa i żeby wykarmić resztę oddała mnie rządowi żeby mogli przeprowadzić sobie na mnie eksperymenty. W trakcie nich okazało się, że mój mózg jest lepszy od wszystkich na ziemi i postanowili zrobić ze mnie agentkę. Pięć lat spędziłam w tym ośrodku, z którego mnie zabraliście – próbowałam podciągnąć się na łokciach. Skończyło się tylko i wyłącznie na próbie. – Teraz ty powiedz mi gdzie jestem.
- Serdecznie witam piękną panią w instytucie Xaviera dla mutantów. Z tego co wiem nasi ludzie cię namierzyli. Bardzo chcieli cię w naszych szeregach ze względu na twój super móżdżek – dotknął mojego czoła. Spojrzałam na palec, który miałam między oczami. Zaśmiał się.
- Napiłabym się czegoś – mruknęłam rozglądając się po pokoju.
- Wody?
- Wódy – mruknęłam po rosyjsku co wyraźnie zrozumiał ponieważ na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Obiecuję, że jak tylko twoje ręce i nogi wrócą do stanu użytkowania zabiorę cię do najlepszego klubu w mieście. Pijesz na mój koszt – popatrzyłam na niego jak na idiotę i prychnęłam śmiechem.
- Chcesz stawiać Rosjance alkohol?
- Co w tym złego?
- W sumie, nie będę psuła ci niespodzianki. Bardzo chętnie się z tobą wybiorę.
Minęły dwa tygodnie. Codziennie widywałam się z Jonatanem. Był bardzo sympatyczny i szczerze mówiąc gdyby nie on dostałabym pierdolca. Leżenie w bezruchu przypominałoby mi siedzenie w zamkniętej celi bez wyjścia.
- Kupiłem ci coś. Pamiętasz moją obietnicę piękna, prawda? – byliśmy już w moim pokoju, który obecnie zajmowałam w akademiku. Żyłam z nadzieją, że już niedługo. Miałam dość bycia bez przerwy kontrolowaną i dusiłam się w tym pomieszczeniu. Wręczył mi spore pudełko.
- Ulala – mruknęłam wyciągając z niego czarną, przylegającą do ciała sukienkę. Prawy rękaw był długi, drugiego zaś brakowało. Sięgała mi do połowy uda. Do tego czarne sandałki na obcasie, kosmetyki i torebka. – Czym sobie zasłużyłam?
- Przecież nie pójdę z tobą ubraną w bluzę i jakiś dres do najlepszego lokalu w mieście tak?
- Nie będę wybrzydzać. Lubię prezenty.
- Będę u ciebie po siódmej Angelino – zaczął mnie tak nazywać od kiedy stwierdził, że wyglądam jak Angelina Jolie.
- Jasne. Będę czekać – odprowadziłam go do drzwi, które od razu zamknęłam. Trzeba mu przyznać, że totalnie trafił w mój gust.
O wyznaczonej godzinie czekałam na parkingu. Po raz ostatni poprawiałam czerwone usta szminką patrząc w małe lustereczko, które schowałam widząc pomarańczowego Shelby zatrzymującego się tuż przed moimi nogami. Przewróciłam oczami.
- Szpaner – mruknęłam wsiadając do środka. Sukienka ledwo zakrywała moje nogi. – Wiesz, że dzisiaj wrócisz do domu z pustym portfelem? – poprawiałam włosy patrząc w lusterko samochodu. – Ja się nie upijam. Mogę w siebie wlać litry. Nie wiesz na co się pisałeś Jonatanku – zaśmiałam się złowieszo i spojrzałam na niego.
<Jonatan?>
- Jak się tam znalazłaś? – patrzył na mnie wyraźnie zainteresowany.
- Matka mnie sprzedała. Byłam najmłodsza z piątki rodzeństwa i żeby wykarmić resztę oddała mnie rządowi żeby mogli przeprowadzić sobie na mnie eksperymenty. W trakcie nich okazało się, że mój mózg jest lepszy od wszystkich na ziemi i postanowili zrobić ze mnie agentkę. Pięć lat spędziłam w tym ośrodku, z którego mnie zabraliście – próbowałam podciągnąć się na łokciach. Skończyło się tylko i wyłącznie na próbie. – Teraz ty powiedz mi gdzie jestem.
- Serdecznie witam piękną panią w instytucie Xaviera dla mutantów. Z tego co wiem nasi ludzie cię namierzyli. Bardzo chcieli cię w naszych szeregach ze względu na twój super móżdżek – dotknął mojego czoła. Spojrzałam na palec, który miałam między oczami. Zaśmiał się.
- Napiłabym się czegoś – mruknęłam rozglądając się po pokoju.
- Wody?
- Wódy – mruknęłam po rosyjsku co wyraźnie zrozumiał ponieważ na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Obiecuję, że jak tylko twoje ręce i nogi wrócą do stanu użytkowania zabiorę cię do najlepszego klubu w mieście. Pijesz na mój koszt – popatrzyłam na niego jak na idiotę i prychnęłam śmiechem.
- Chcesz stawiać Rosjance alkohol?
- Co w tym złego?
- W sumie, nie będę psuła ci niespodzianki. Bardzo chętnie się z tobą wybiorę.
Minęły dwa tygodnie. Codziennie widywałam się z Jonatanem. Był bardzo sympatyczny i szczerze mówiąc gdyby nie on dostałabym pierdolca. Leżenie w bezruchu przypominałoby mi siedzenie w zamkniętej celi bez wyjścia.
- Kupiłem ci coś. Pamiętasz moją obietnicę piękna, prawda? – byliśmy już w moim pokoju, który obecnie zajmowałam w akademiku. Żyłam z nadzieją, że już niedługo. Miałam dość bycia bez przerwy kontrolowaną i dusiłam się w tym pomieszczeniu. Wręczył mi spore pudełko.
- Ulala – mruknęłam wyciągając z niego czarną, przylegającą do ciała sukienkę. Prawy rękaw był długi, drugiego zaś brakowało. Sięgała mi do połowy uda. Do tego czarne sandałki na obcasie, kosmetyki i torebka. – Czym sobie zasłużyłam?
- Przecież nie pójdę z tobą ubraną w bluzę i jakiś dres do najlepszego lokalu w mieście tak?
- Nie będę wybrzydzać. Lubię prezenty.
- Będę u ciebie po siódmej Angelino – zaczął mnie tak nazywać od kiedy stwierdził, że wyglądam jak Angelina Jolie.
- Jasne. Będę czekać – odprowadziłam go do drzwi, które od razu zamknęłam. Trzeba mu przyznać, że totalnie trafił w mój gust.
O wyznaczonej godzinie czekałam na parkingu. Po raz ostatni poprawiałam czerwone usta szminką patrząc w małe lustereczko, które schowałam widząc pomarańczowego Shelby zatrzymującego się tuż przed moimi nogami. Przewróciłam oczami.
- Szpaner – mruknęłam wsiadając do środka. Sukienka ledwo zakrywała moje nogi. – Wiesz, że dzisiaj wrócisz do domu z pustym portfelem? – poprawiałam włosy patrząc w lusterko samochodu. – Ja się nie upijam. Mogę w siebie wlać litry. Nie wiesz na co się pisałeś Jonatanku – zaśmiałam się złowieszo i spojrzałam na niego.
<Jonatan?>
czwartek, 5 marca 2020
Od Jonatan'a cd Iryna
Poranek mój zaczął się od tego, że obudziły mnie promienie słoneczne. Jak bardzo chciałbym zasłonić rażące światło, ale byłem zbyt zmęczony. Usiadłem na łóżku i przetarłem oczy. Wczorajsza impreza była zbyt mocna jak dla mnie. Chociaż nie było tego złego, poznałem niezłe panienki od których mam numer. O dziwo żadna z nich nie skończyła w moim łóżku. Lubiłem zabawić się od czasu do czasu, przelotne znajomości kończące się na łóżku to była dla mnie codzienność. Dziś miał być egzamin z Samoobrony w Instytucie. Nie zależało mi na tym jakoś, chodź wiedziałem, że i tak bym zdał. Spojrzałem po lewej stronie na szafę, było w niej pełno ubrań , połowa z nich była elegancka.
Wstałem i rozciągnąłem się, podszedłem do szafy i wyszukałem ciuchy. Ciemno zielona bluzka oraz jeansowe czarne spodnie. Wyciągnąłem również czarną skórzaną kurtkę. Sięgnąłem po srebrny zegarek który był pamiątką po matce. Założyłem na rękę i ruszyłem na duł. Mexio spojrzała na mnie leżąc na swoim posłaniu. Poszedłem do lodówki i przygotowałem jej zbilansowane jedzenie składające się z kilku surowych kawałków, sosu oraz wątróbki. Gdy postawiłem miskę suczka od razu pobiegła do miski. Spojrzałem na zegarek by sprawdzić godzinę. Minęła dopiero 8:00.
Poszedłem na górę po kluczyki od auta, portfel i komórkę. Schowałem wszystko do kurtki i wyszedłem z domu zamykając drzwi na klucz. Ruszyłem w stronę restauracji. Zasiadłem do wolnego stołu i zacząłem wybierać coś na śniadanie. Podeszła do mnie bardzo miła i śliczna brunetka, miała na sobie strój kelnerki.
- Dzień dobry co pan zamawia? - odparła
- Poproszę czarna kawę bez cukru oraz sałatkę z kawałkami kurczaka - uśmiechnąłem sie uwodzicielsko
Dziewczyna zawstydziła się i od razu zapisała. Szybkim krokiem uciekła. Po upłynięciu kilku minut wróciła z zamówieniem. Podziewałem jej z uśmiechem. Po zjedzeniu i wypiciu zadzwonił mój telefon, spojrzałem na wyświetlacz.
- Numer Zastrzeżony.. ?- zdziwiłem się, lecz odebrałem - Tak ?- powiedziałem do słuchawki chłodnym tonem
- Jonatan macie misje ratunkową spinaj dupe do odrzutowca masz 15min- głos w słuchawce brzmiał znajomo. No tak profesor Eric. Jego głos zawsze brzmiał jakby najadł się dabletek na wkurwienie. Rozłączył się po tym jak skończył danie. Wstałem z krzesła i ruszyłem zapłacić za śniadanie. Dałem napiwek kelnerce. Ruszyłem w stronę Instytutu. Chodź nie często spacerowałem lubiłem od czasu do czasu. W bunkrze czekali już na mnie Storm, Cyklop i Mystique.
- Nie mogliście kogoś innego wziąć? - mrukłem pod nosem zakładając strój x-menów
- Tylko ty tu panujesz nad ogniem - odparł Scott
W kokpicie zasiadła Storm razem z Cyklopem, ja razem z Mystique siedzieliśmy na siedzeniach w kadłubie. Nie wiedziałem gdzie lecieliśmy. Gdy wystartowaliśmy w powietrze włączyliśmy maskowanie, dzięki czemu nikt z ziemi, ani powietrza nas nie widział. Dzięki nowoczesnej technologii również satelity i radary nie widziały. Ruszyliśmy z duża prędkością. Czułem sie niezręcznie siedząc naprzeciwko profesor Raven. Jak zwykle była zanurzona w książce. Gdy już wyladowaliśmy otworzyli tylnie drzwi odrzutowca. Zobaczyłem śnieg... Mój najwiekszy wróg.
- Chyba robicie sobie jaja! Ja tam nie wyjdę.- założyłem ręce na krzyż i nie ruszałem się z miejsca.
- No jeżeli wolisz zostać z Raven uśmiechnął się cyklop i wyszedł na śnieg
Spojrzałem na Mystique a ona na mnie. Jej wzrok wywołał u mnie ciarki. Wstałem i wyszedłem tuż po Storm. Cały plan polegał na tym, że mieliśmy uwolnić jakiegoś mutanta z ośrodka szkoleniowego na Syberii. Lepszego miejsca nie mogli sobie znaleźć. Storm miała odwrócić uwagę personelu i straży a ja razem z Scott'em mieliśmy tam wejść. Wszystko poszło łatwo, nawet za łatwo. Chodź raniłem lekko odniem ludzi miałem zakaz spalania ich całkowicie. Lecz kto by słuchał jakiś głupich zasad. Gdy Cyklop swoimi laserami otworzył drzwi gdzie przebywała dziewczyna wiedziałem, że teraz albo nigdy. Podpaliłem swoją rękę i rzuciłem ogniem w kolesia. Krzyczał z rozpaczy, ogień spalił jego skórę i wnętrzności. Scott spojrzał na mnie zły, ja tylko się uśmiechnąłem.
~~~~~~
Dziewczyna została przetransportowana do Instytutu. Tam zajęła się nią Vellma. Zawsze starałem sie ją poderwać, ale kompletnie nie zwracała uwagi na moje flirty. Nie dziwiłem się była starsza. Położyłem dziewczynę na kozetce i spojrzałem na Vel.
- Dasz rade coś z nią zrobić ? - spytałem
- Ja niby nie miałabym dać rady ? - zaśmiała się - Sójrzmy...
~~~~~~
Po działaniach pani doktor.. Lubiłem ją tak nazywać. Kazała mi ją zanieść do wolnego pokoju. Oczywiście dała mi klucz, był to jeden z pokoi, gdzie ranni uczniowie odpoczywali po zabiegach Vellmy i różnych innych jej czarach.
Położyłem dziewczynę na łóżku, Vel jeszcze założyła jej kroplówkę.
- Kiedy się obudzi? - spytałem
- Jutro powinna się obudzić - odparła i ruszyła zdać raport profesorowi X.
Ja padałem ze zmęczenia. Wróciłem więc do domu i jedyne co to od razu poszedłem spać. Wiedziałem, że Mexio była na dworze, gdyż ma drzwiczki aktywowane obrożą. Zasnąłem bardzo szybko. Następnego dnia obudziłem się nie wcześniej niż o 12:00. Wstałem zmęczony i obolały i ruszyłem do łazienki. Szybki prysznic obudził mnie. Następnie zrzedłem na duł, czekała tam na mnie już moja babcia.
- Witaj babuniu- pocałowałem ją w policzek
- Odwiedziłam cię by ogarnąć ci tu i zając sie Mexio, ale gdy zauważyłam że jeszcze śpisz zrobiłam ci śniadanie.
- Nie musisz mi sprzatac - mruknąłem i zasiadłem do stołu
- Nie marudź - spojrzała srogo
Moja babcia była jedyną osobą z którą nie chciałem się kłócić.Wiedziałem, że bym i tak nie wygrał jest tak uparta, że zawsze wygrywa. Ubrałem czyste ciuchy i poszedłem do Instytutu. Lekcje się dawno zaczęły, jak zwykle buntowniczym krokiem nie poszedłem na nie tylko chciałem zobaczyć jak się czuje dziewczyna. Zapukałem do pokoju, niestety nikt nie odpowiedział. Wszedłem więc i zobaczyłem, że nie śpi.
- Witaj śliczna - uśmiechnąłęm się uwodząco.
Spojrzała na mnie.
- Nazywam się Jonatan - zawsze nie mówiłem nazwiska... - Pseudonim Phoenix
Iryna?

Poszedłem na górę po kluczyki od auta, portfel i komórkę. Schowałem wszystko do kurtki i wyszedłem z domu zamykając drzwi na klucz. Ruszyłem w stronę restauracji. Zasiadłem do wolnego stołu i zacząłem wybierać coś na śniadanie. Podeszła do mnie bardzo miła i śliczna brunetka, miała na sobie strój kelnerki.
- Dzień dobry co pan zamawia? - odparła
- Poproszę czarna kawę bez cukru oraz sałatkę z kawałkami kurczaka - uśmiechnąłem sie uwodzicielsko
Dziewczyna zawstydziła się i od razu zapisała. Szybkim krokiem uciekła. Po upłynięciu kilku minut wróciła z zamówieniem. Podziewałem jej z uśmiechem. Po zjedzeniu i wypiciu zadzwonił mój telefon, spojrzałem na wyświetlacz.
- Numer Zastrzeżony.. ?- zdziwiłem się, lecz odebrałem - Tak ?- powiedziałem do słuchawki chłodnym tonem
- Jonatan macie misje ratunkową spinaj dupe do odrzutowca masz 15min- głos w słuchawce brzmiał znajomo. No tak profesor Eric. Jego głos zawsze brzmiał jakby najadł się dabletek na wkurwienie. Rozłączył się po tym jak skończył danie. Wstałem z krzesła i ruszyłem zapłacić za śniadanie. Dałem napiwek kelnerce. Ruszyłem w stronę Instytutu. Chodź nie często spacerowałem lubiłem od czasu do czasu. W bunkrze czekali już na mnie Storm, Cyklop i Mystique.
- Nie mogliście kogoś innego wziąć? - mrukłem pod nosem zakładając strój x-menów
- Tylko ty tu panujesz nad ogniem - odparł Scott
W kokpicie zasiadła Storm razem z Cyklopem, ja razem z Mystique siedzieliśmy na siedzeniach w kadłubie. Nie wiedziałem gdzie lecieliśmy. Gdy wystartowaliśmy w powietrze włączyliśmy maskowanie, dzięki czemu nikt z ziemi, ani powietrza nas nie widział. Dzięki nowoczesnej technologii również satelity i radary nie widziały. Ruszyliśmy z duża prędkością. Czułem sie niezręcznie siedząc naprzeciwko profesor Raven. Jak zwykle była zanurzona w książce. Gdy już wyladowaliśmy otworzyli tylnie drzwi odrzutowca. Zobaczyłem śnieg... Mój najwiekszy wróg.
- Chyba robicie sobie jaja! Ja tam nie wyjdę.- założyłem ręce na krzyż i nie ruszałem się z miejsca.
- No jeżeli wolisz zostać z Raven uśmiechnął się cyklop i wyszedł na śnieg
Spojrzałem na Mystique a ona na mnie. Jej wzrok wywołał u mnie ciarki. Wstałem i wyszedłem tuż po Storm. Cały plan polegał na tym, że mieliśmy uwolnić jakiegoś mutanta z ośrodka szkoleniowego na Syberii. Lepszego miejsca nie mogli sobie znaleźć. Storm miała odwrócić uwagę personelu i straży a ja razem z Scott'em mieliśmy tam wejść. Wszystko poszło łatwo, nawet za łatwo. Chodź raniłem lekko odniem ludzi miałem zakaz spalania ich całkowicie. Lecz kto by słuchał jakiś głupich zasad. Gdy Cyklop swoimi laserami otworzył drzwi gdzie przebywała dziewczyna wiedziałem, że teraz albo nigdy. Podpaliłem swoją rękę i rzuciłem ogniem w kolesia. Krzyczał z rozpaczy, ogień spalił jego skórę i wnętrzności. Scott spojrzał na mnie zły, ja tylko się uśmiechnąłem.
~~~~~~
Dziewczyna została przetransportowana do Instytutu. Tam zajęła się nią Vellma. Zawsze starałem sie ją poderwać, ale kompletnie nie zwracała uwagi na moje flirty. Nie dziwiłem się była starsza. Położyłem dziewczynę na kozetce i spojrzałem na Vel.
- Dasz rade coś z nią zrobić ? - spytałem
- Ja niby nie miałabym dać rady ? - zaśmiała się - Sójrzmy...
~~~~~~
Po działaniach pani doktor.. Lubiłem ją tak nazywać. Kazała mi ją zanieść do wolnego pokoju. Oczywiście dała mi klucz, był to jeden z pokoi, gdzie ranni uczniowie odpoczywali po zabiegach Vellmy i różnych innych jej czarach.

- Kiedy się obudzi? - spytałem
- Jutro powinna się obudzić - odparła i ruszyła zdać raport profesorowi X.
Ja padałem ze zmęczenia. Wróciłem więc do domu i jedyne co to od razu poszedłem spać. Wiedziałem, że Mexio była na dworze, gdyż ma drzwiczki aktywowane obrożą. Zasnąłem bardzo szybko. Następnego dnia obudziłem się nie wcześniej niż o 12:00. Wstałem zmęczony i obolały i ruszyłem do łazienki. Szybki prysznic obudził mnie. Następnie zrzedłem na duł, czekała tam na mnie już moja babcia.
- Witaj babuniu- pocałowałem ją w policzek
- Odwiedziłam cię by ogarnąć ci tu i zając sie Mexio, ale gdy zauważyłam że jeszcze śpisz zrobiłam ci śniadanie.
- Nie musisz mi sprzatac - mruknąłem i zasiadłem do stołu
- Nie marudź - spojrzała srogo
Moja babcia była jedyną osobą z którą nie chciałem się kłócić.Wiedziałem, że bym i tak nie wygrał jest tak uparta, że zawsze wygrywa. Ubrałem czyste ciuchy i poszedłem do Instytutu. Lekcje się dawno zaczęły, jak zwykle buntowniczym krokiem nie poszedłem na nie tylko chciałem zobaczyć jak się czuje dziewczyna. Zapukałem do pokoju, niestety nikt nie odpowiedział. Wszedłem więc i zobaczyłem, że nie śpi.
- Witaj śliczna - uśmiechnąłęm się uwodząco.
Spojrzała na mnie.
- Nazywam się Jonatan - zawsze nie mówiłem nazwiska... - Pseudonim Phoenix
Iryna?
środa, 4 marca 2020
Iryna [Dołączenie]
Siedziałam w kącie ciemnego pokoju. Zamknięta w czterech ścianach, trzęsąca się z zimna próbowałam skupić się na tym żeby tylko nie odpłynąć. Nie jadłam od trzech, nie, czterech dni. Nie jestem już w stanie kontrolować ile czasu spędziłam w tym więzieniu. Jak to się stało? To nie kara. To trening mający zahartować mnie. Codziennie biorą mnie na przesłuchanie. Próbują wyciągnąć informacje poprzez tortury. Jeśli się wysypię najprawdopodobniej mnie zabiją. Pomimo tego, że jestem jedynym udanym eksperymentem z zimną krwią mnie zabiją i stworzą lepszy. Stworzenie, które nie będzie miało uczuć.
Metalowe drzwi otworzyły się. Stanęło w nich dwóch mężczyzn. Jeden z nich podniósł mnie z ziemi szarpiąc za włosy.
- Jebany kurwiarz – warknęłam w ojczystym języku co poskutkowało uderzeniem pięścią w brzuch. – Ja pierdole – jęknęłam. Z moich oczu mimowolnie wypłynęło kilka łez. Ból był okropny. Osiłek przerzucił mnie przez ramię. Wyszliśmy na zewnątrz. Nie widziałam światła od dłuższego czasu. Nie byłam w stanie mieć otwartych oczu. Całą drogę ukryłam wzrok w plecach oprawcy. W końcu dotarliśmy na miejsce. Posadzili mnie na krześle i przywiązali do niego ręce i nogi.
- Mam nadzieję, że w końcu zdecydowałaś się na współpracę – usłyszałam znajomy głos. Zaczęłam się szarpać próbując uwolnić się z więzów. Na marne.
- Pies ci matkę jebał – splunęłam mu w twarz. Wiedziałam co mnie czeka. Nieważne czy bym to powiedziała czy nie. Facet w fartuchu wyciągnął szczypce z pokrowca stojącego na stoliku. Złapał za pierwszy paznokieć i mocno pociągnął. Mój krzyk wypełnił całe pomieszczenie. I tak z każdym kolejnym. Pozbył się wszystkich dziesięciu. Ten ból jest nie do opisania. Wodospady łez spływały po moich policzkach ale dalej milczałam. Nieważne czego nie zrobią miałam zamiar przejść ten test. Co było następne? Młotek. Jebany kurwa młotek. Pod moją dłoń postawił metalową płytę i zaczął miażdżyć mi palce. I tak skończyłam z połamaną chyba każdą kością dłoni. To koniec? Oczywiście, że nie. Młotek posłużył mu jeszcze do wbicia gwoździ w kolana. Swoje dzieło planował zakończyć oblaniem mnie zimną wodą, co też uczynił. Niestety nie udało mu się potraktować mnie paralizatorem, ponieważ metalowe drzwi zostały wyważone czymś co przypominało wybuch. Koniec mojej męki czy też może początek czegoś gorszego? Na moich oczach mój kat spłoną żywcem. Gdyby nie fakt, że czułam się jakbym umierała na moje usta na pewno wpłynąłby szeroki uśmiech.
- Jonatan zabierz ją do odrzutowca – słyszałam głosy ale nie byłam w stanie obrócić głowy żeby sprawdzić co się dokładnie dzieje. Sekundę później przed oczami ujrzałam mężczyznę.
- Kurwa, co z tym? – mruknął patrząc na moje kolana. Drugi podszedł do niego żeby obejrzeć problem. Złapał delikatnie moją stopę i chciał poruszyć nogą jednak nawet najmniejszy ruch sprawiał mi okropny ból. Krzyknęłam kręcąc głową.
- Wyciągaj. Nie wyprostuje nogi jeśli to cały czas będzie w kolanie. Dwa na raz. Ból minie szybciej – obydwoje złapali za gwoździe i na trzy wyciągnęli je ze mnie. Straciłam przytomność. Już więcej nie mogłam. Ten, którego ujrzałam jako pierwszego rozwiązał mnie i wziął na ręce niczym książę swoją lubą. Drugi osłaniał go podczas transportowania mnie do odrzutowca, który czekał przed budynkiem.
- Nienawidzę Rosji – mruknął kiedy ujemna temperatura i śnieg ‘uderzyły’ go prosto w twarz.
Obudziłam się w zupełnie obcym miejscu. Powoli otworzyłam powieki żeby przyzwyczaić oczy do światła. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Było takie jasne, takie przyjemne dla oka. Byłam w nim sama. Zza otwartego okna dało się usłyszeć kojący śpiew ptaków. Obok mnie stała kroplówka, do której byłam podłączona. Siłę miałam tylko i wyłącznie na poruszanie oczami. Dobrze pamiętałam co działo się wcześniej i nie miałam ochoty zerkać na dłonie czy też nogi. Wystarczy, że każdy szczegół <tamtego dnia utknął mi w pamięci.
<Jonatan?>
Metalowe drzwi otworzyły się. Stanęło w nich dwóch mężczyzn. Jeden z nich podniósł mnie z ziemi szarpiąc za włosy.
- Jebany kurwiarz – warknęłam w ojczystym języku co poskutkowało uderzeniem pięścią w brzuch. – Ja pierdole – jęknęłam. Z moich oczu mimowolnie wypłynęło kilka łez. Ból był okropny. Osiłek przerzucił mnie przez ramię. Wyszliśmy na zewnątrz. Nie widziałam światła od dłuższego czasu. Nie byłam w stanie mieć otwartych oczu. Całą drogę ukryłam wzrok w plecach oprawcy. W końcu dotarliśmy na miejsce. Posadzili mnie na krześle i przywiązali do niego ręce i nogi.
- Mam nadzieję, że w końcu zdecydowałaś się na współpracę – usłyszałam znajomy głos. Zaczęłam się szarpać próbując uwolnić się z więzów. Na marne.
- Pies ci matkę jebał – splunęłam mu w twarz. Wiedziałam co mnie czeka. Nieważne czy bym to powiedziała czy nie. Facet w fartuchu wyciągnął szczypce z pokrowca stojącego na stoliku. Złapał za pierwszy paznokieć i mocno pociągnął. Mój krzyk wypełnił całe pomieszczenie. I tak z każdym kolejnym. Pozbył się wszystkich dziesięciu. Ten ból jest nie do opisania. Wodospady łez spływały po moich policzkach ale dalej milczałam. Nieważne czego nie zrobią miałam zamiar przejść ten test. Co było następne? Młotek. Jebany kurwa młotek. Pod moją dłoń postawił metalową płytę i zaczął miażdżyć mi palce. I tak skończyłam z połamaną chyba każdą kością dłoni. To koniec? Oczywiście, że nie. Młotek posłużył mu jeszcze do wbicia gwoździ w kolana. Swoje dzieło planował zakończyć oblaniem mnie zimną wodą, co też uczynił. Niestety nie udało mu się potraktować mnie paralizatorem, ponieważ metalowe drzwi zostały wyważone czymś co przypominało wybuch. Koniec mojej męki czy też może początek czegoś gorszego? Na moich oczach mój kat spłoną żywcem. Gdyby nie fakt, że czułam się jakbym umierała na moje usta na pewno wpłynąłby szeroki uśmiech.
- Jonatan zabierz ją do odrzutowca – słyszałam głosy ale nie byłam w stanie obrócić głowy żeby sprawdzić co się dokładnie dzieje. Sekundę później przed oczami ujrzałam mężczyznę.
- Kurwa, co z tym? – mruknął patrząc na moje kolana. Drugi podszedł do niego żeby obejrzeć problem. Złapał delikatnie moją stopę i chciał poruszyć nogą jednak nawet najmniejszy ruch sprawiał mi okropny ból. Krzyknęłam kręcąc głową.
- Wyciągaj. Nie wyprostuje nogi jeśli to cały czas będzie w kolanie. Dwa na raz. Ból minie szybciej – obydwoje złapali za gwoździe i na trzy wyciągnęli je ze mnie. Straciłam przytomność. Już więcej nie mogłam. Ten, którego ujrzałam jako pierwszego rozwiązał mnie i wziął na ręce niczym książę swoją lubą. Drugi osłaniał go podczas transportowania mnie do odrzutowca, który czekał przed budynkiem.
- Nienawidzę Rosji – mruknął kiedy ujemna temperatura i śnieg ‘uderzyły’ go prosto w twarz.
Obudziłam się w zupełnie obcym miejscu. Powoli otworzyłam powieki żeby przyzwyczaić oczy do światła. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Było takie jasne, takie przyjemne dla oka. Byłam w nim sama. Zza otwartego okna dało się usłyszeć kojący śpiew ptaków. Obok mnie stała kroplówka, do której byłam podłączona. Siłę miałam tylko i wyłącznie na poruszanie oczami. Dobrze pamiętałam co działo się wcześniej i nie miałam ochoty zerkać na dłonie czy też nogi. Wystarczy, że każdy szczegół <tamtego dnia utknął mi w pamięci.
<Jonatan?>
sobota, 22 lutego 2020
Iryna Shayk [Aza]

Głos: Halsey - Experiment On Me
Życie:
- Wiek: 19 lat
- Płeć: Kobieta
- Data Urodzin: 29 luty
- Orientacja: Biseksualna
Moc: Mózg normalnego człowieka wykorzystuje tylko niecałe dziesięć procent swojego potencjału. Iryna potrafi odblokować pełnię jego możliwości. Bezpiecznie jest do pięćdziesięciu procent. Później może zacząć robić się nieprzyjemnie dlatego używa tego poziomu tylko w ostateczności. Zacznijmy od tego, co daje jej ta umiejętność. Otóż dziewczyna posiada pamięć fotograficzną. Języków, sztuk walki czy każdego innego rodzaju wiedzy uczy się po jednym obejrzeniu filmu bądź przeczytaniu tekstu. Poza tym obdarzona jest czymś w rodzaju szóstego zmysłu. Jej mózg działa na takich obrotach, że jest w stanie przewidzieć każdy możliwy scenariusz tego co stanie się w przyszłości. Używanie zbyt dużego potencjału zazwyczaj rozpoczyna się od krwotoku z nosa i kaszlu, a kończy się utratą przytomności. W trakcie jednej walki krew wypływała nawet z jej oczu.
Klasa: 4
Pokój: Ma własny apartament w centrum miasta.
Praca: Nawet jeśli dostanie jakąś stałą pracę nie przestanie dorabiać jako najemniczka.
Charakter: Iryna to Rosjanka z krwi i kości. Od dziecka hartowano jej charakter żeby stała się maszyną do zabijania. Tak, miała być rządową agentką pracującą dla prezydenta. Z ośrodka szkoleniowego na Syberii uwolnili ją ludzie Profesora X zanim przeprowadzono na niej operację usunięcia wspomnień i zastąpienia ich fałszywymi.
To twarda dziewczyna, z którą nie warto zadzierać. Potrafi dosłownie wszystko więc nie masz czym jej zaimponować. Mutanty posiadające moce ‘fizyczne’ nie są dla niej jakimkolwiek wyzwaniem. Nie boi się nikogo i niczego. Tak została wychowana. Wydobycie z niej informacji jest niemożliwe. Była tygodniami torturowana żeby nauczyła się trzymać język za zębami. Ludzi, których uważa za niewartych jej uwagi po prostu ignoruje. Wymazuje ich istnienie ze swojego życia.
Oczywiście to nie jest typ osoby, która odcina się od świata i ma wszystkich w dupie. Co to, to nie. Można śmiało nazwać ją „party animal”. Pije jak każdy Rosjanin i nigdy nie ma kaca. Świetnie tańczy czym zwraca uwagę potencjalnych partnerów. Czasami coś wciągnie albo spali „śmiesznego papieroska”. Uwielbia chodzić na zakupy. W jej szafie nie znajdziesz ubrania kosztującego mniej niż tysiąc dolarów, z wyjątkiem skarpetek i kilku innych pierdół. Skąd ma pieniądze? Jej usługi najemnicze nie należą do najtańszych, ponieważ płacąc jej masz pewność, że robota zostanie wykonana.
Aparycja: Mierząca 176 cm brunetka jest zdecydowanie uosobieniem piękna. Zgrabna sylwetka to jeden z jej wielu atutów. Ma głębokie wcięcie w talii, płaski brzuch i uda między którymi jest niewielka przerwa. Jej twarz można nazwać arcydziełem. Nie ma w niej ani odrobimy sztuczności. Tak, te pełne usta są dziełem Boga, nie lekarza medycyny estetycznej. Malutki nosek i duże, bardzo ciemne oczy. Czasami wyglądają wręcz na czarne. Jeśli chodzi o tatuaże posiada ich kilka. Węża zawiniętego na nadgarstku, którego głowa kończy się przy kciuku, „BOSS BITCH” na palcach, „XD” na wewnętrznej stronie dolnej wargi, uśmiech na spodzie dużego palca lewej stopy, „big brain gurl” na karku i ostatni to łezka w dolnym kącie lewego oka. Jest tylko jedna, ponieważ gdyby miała wytatuować łzę za każdego kogo zabiła najprawdopodobniej cała byłaby już czarna od tuszu. Najciekawszy jest płomień wokół szyi i na prawej nodze przy kostce.Jeśli chodzi o sposób jej ubioru, to tak jak wcześniej wspomniałam dziewczyna uwielbia markowe ubrania. Lubuje się głównie w czerni. Przykłady jej kreacji [klik]. Poza tym nigdzie nie wyjdzie bez makijażu. Zawsze mocno podkreśla oczy. Paznokcie dziewczyny zawsze są pomalowane na czarno, długie w kształcie migdała. Na akcje ubiera i do tego maskę zakrywającą twarz do połowy.
Poziom Mutanta: 1
Partner: Brak. Bardzo lubi partnerów na jeden wieczór, którzy ją zaspokajają.
Inne:
- Bardzo lubi chodzić na wysokim obcasie. Walka w nich nie sprawia jej problemu.
- Do walki używa głównie pięści.
- Uwielbia lizaki i gumy do żucia. Praktycznie zawsze ma coś w ustach ( ͡° ͜ʖ ͡°).
- Nigdzie nie rusza się bez telefonu i airpodsów.
- Posiada sportowy samochód, który kocha bardziej niż cokolwiek na tym całym świecie. Przywłaszczyła go sobie w trakcie jednej misji kiedy zabiła właściciela tego pięknego pojazdu.
- Bardzo często mówi w innych językach. Zazwyczaj są to przekleństwa, którymi rzuca na okrągło.
- Dodatkowym źródłem jej zarobku są dropy. Dorabia sobie na sprzedaży bitów i innych rzeczy, które da się sprzedać z zyskiem.
- Dużo czasu spędza w internecie. Uwielbia memy. Często nawiązuje do nich w swoich wypowiedziach. Poza tym jej znajomi mają zaspamowanego Messengera przeróżnymi obrazkami. Zazwyczaj jest to czarny humor.
- Aza był aniołem, który został strącony do piekła za współżycie z ludzkimi kobietami. Tak jej się spodobał, że postanowiła używać jego imienia jako swojego pseudonimu.
Kontakt: eytahy@gmail.com[e-mail]
czwartek, 20 lutego 2020
Od Lindsay "Zmiana otoczenia"
W powietrzu dało się wyczuć zapach spalenizny. Auto zatrzymało się przed główną bramą, a tylne drzwi po prawej stronie uchyliły się lekko. Ze środka pewnym krokiem wysiadła rudowłosa dziewczyna, ciągnąc za sobą sporych rozmiarów torbę. Spojrzała przelotnie na kierowcę pojazdu.
- Dalej poradzi sobie pani sama? - zagadnął mężczyzna, wychodząc z samochodu tylko po to, aby zadać jej to pytanie. Prostując się, skinęła lekko głową, zachowując na twarzy wdzięczny uśmiech.
- Ta torba wygląda na dosyć ciężką, mógłbym ją pani kawałek ponieść - dodał.
- Bardzo dziękuję za propozycję pomocy, ale nie skorzystam - odparła, wyciągając z kieszeni niewielkich rozmiarów portfel. Wyciągnęła odpowiednią sumę i wręczyła ją kierowcy do rąk. Dorzuciła napiwek w postaci skromnej kwoty. Poczuła się do tego zobowiązana, zważywszy na to, jak bardzo kulturalnym rozmówcą okazał się mężczyzna, wiozący ją taksówką spory kawał drogi. Podczas podróży rozpoczynał z nią krótkie dyskusje, ale nie bywał nachalny i co jakiś czas w pojeździe zapadała cisza. Kierowca pokiwał tylko głową i wycofując się, pożegnał się krótko.
Dziewczyna obserwowała jeszcze przez chwilę odjeżdżający samochód, skupiając uwagę na oponach pojazdu. Kiedy auto zniknęło wśród ogromu drzew, obróciła się i ruszyła przed siebie, zachowując przy tym prostą postawę ciała. Podbródek miała zadarty ku górze i bacznie rozglądała się po otoczeniu. To tutaj w końcu postanowiła spędzić najbliższe parę lat swojego życia. Przed nią rozciągał się widok na masywny budynek, stanowiący centrum całej placówki. Według otrzymanej w liście mapki, służył on jako główne miejsce do wszelakich nauk. Podciągnęła torbę na ramię, starając się znaleźć jakiś drogowskaz, który doprowadziłby ją do jej nowego pokoju. Czegokolwiek nie kazaliby jej zrobić, za główny cel obrała sobie odstawienie swoich rzeczy do akademika, a potem dopiero byłaby gotowa zająć się wszelkimi formalnościami. Choć z oddali rzucały jej się w oczy dwa budynki, które prawdopodobnie służyły za miejsce mieszkalne dla części uczniów, wolała poinformować kogoś o swoim przybyciu. Przez to odrzuciła swój pierwotny plan. Stwierdziła, że po załatwieniu formalności, odpoczynek w pokoju będzie czymś przyjemnym. Szukała charakterystycznych osób, które wydawałyby się sprawować większą władzę w całej instytucji. Nim udało jej się dotrzeć do odpowiednich ludzi, zdążyła poznać dwie sprzątaczki i dozorcę. Dzięki ich uprzejmości i chęci pomocy w końcu wylądowała pod gabinetem dyrektorskim. Była z lekka zirytowana, bowiem cały czas ciągnęła za sobą swój większych gabarytów bagaż. Jednocześnie zdążyła odrzucić kilkakrotnie propozycję pozostawienia go komuś, kto zaniósłby go do jej nowego pokoju. Powoli zatracała czucie w rękach, przez co chwilowe przerzucanie torby z ramienia na ramię stało się wyczerpujące. Zdając sobie sprawę, gdzie się znajdują, odchrząknęła lekko, starając się przygotować do zrobienia dobrego, pierwszego wrażenia. Korytarz był pusty i tak cichy, że jedynym dźwiękiem był jej niemrawy oddech. Opanowała go sprawnie, idealnie z momentem otworzenia się drzwi. Mężczyzna w średnim wieku skinął w jej stronę głową i gestem dłoni zaprosił do środka. Podniosła się, ponownie ciągnąc za sobą torbę. Stała właśnie przed najpotężniejszym telepatą na ziemi, co wzbudzało w niej pełen respekt wobec pana Charlesa Xaviera.
- Dzień dobry - nie mogła tak po prostu wejść bez jakiegokolwiek okazu szacunku, więc przywitała się.
- Możesz odstawić ten bagaż tutaj, a ktoś na pewno po niego zaraz przyjdzie i zaniesie ci do pokoju...-zawahał się na moment -... Lindsay Winchester, tak? - spytał.
- Tak. Tak się właśnie nazywam - potwierdziła, jednocześnie mocniej zaciskając dłonie na czarnym uchwycie torby - Nie trzeba, ale dziękuję za złożoną propozycję pomocy - dodała. Dyrektor nie zamierzał jej przekonywać, toteż w końcu weszli do gabinetu. Rudowłosa przelotnie rzuciła okiem na pomieszczenie. Panowała tu przyjemna atmosfera, a ciemne odcienie wystroju nadawały pokojowi ciepły klimat. Zasiadła na jednym z foteli, a łysawy mężczyzna zajął miejsce po drugiej stronie biurka. Dziewczyna wbiła spojrzenie w złotą tabliczkę na blacie, na której widniał napis "Charles Xavier". Swój wzrok zaczęła po kolei przenosić na inne elementy otoczenia. Szybko zdała sobie sprawę, iż powinna zająć się formalnościami, a nie przeglądać gabinet dyrektora. Pochyliła się do przodu, schylając się do własnej torby. Wyciągnęła z niej teczkę. z której wydobyła plik kartek, skrytych w przezroczystej koszulce. Przesunęła nimi po biurku.
- To wszystkie dokumenty, których mi prawdopodobnie zabrakło przy wstępnej rejestracji - oznajmiła. Mężczyzna przejął od niej papiery i zaczął je dokładnie przeglądać. Po chwili obrócił się na krześle i otworzył jedną z szuflad, znajdującą się bezpośrednio za jego siedzeniem. Przewertował stos innych papierów i wepchnął plik kartek w odpowiednie miejsce. Następnie przysunął się do biurka i otworzył najniższą szafkę. Wyciągnął z niej parę kartek i klucze.
- Tutaj przekazuję ci plan lekcji, regulamin całego instytutu i kilka dodatkowych spraw do załatwienia. Nie ma wiele do wypełnienia, jednak proszę, abyś w wolnym czasie zajęła się tym i odniosła mi to. - podsunął wszystko w jej stronę - Twój pokój znajduje się w drugim akademiku, a jego numer to cztery. - dodał. Lindsay dokładnie analizowała każde jego słowo, aby od początku mieć wszystko poukładane. Dopytała się jeszcze o kilka istotnych dla niej kwestii, a dyrektor cierpliwie odpowiadał jej na każde z zadanych pytań. W końcu, kiedy poczuła się w pełni doinformowana, z satysfakcją opuściła pomieszczenie. Od razu natknęła się na kogoś, kto zaprowadził jej do akademika.
- Dalej poradzi sobie pani sama? - zagadnął mężczyzna, wychodząc z samochodu tylko po to, aby zadać jej to pytanie. Prostując się, skinęła lekko głową, zachowując na twarzy wdzięczny uśmiech.
- Ta torba wygląda na dosyć ciężką, mógłbym ją pani kawałek ponieść - dodał.
- Bardzo dziękuję za propozycję pomocy, ale nie skorzystam - odparła, wyciągając z kieszeni niewielkich rozmiarów portfel. Wyciągnęła odpowiednią sumę i wręczyła ją kierowcy do rąk. Dorzuciła napiwek w postaci skromnej kwoty. Poczuła się do tego zobowiązana, zważywszy na to, jak bardzo kulturalnym rozmówcą okazał się mężczyzna, wiozący ją taksówką spory kawał drogi. Podczas podróży rozpoczynał z nią krótkie dyskusje, ale nie bywał nachalny i co jakiś czas w pojeździe zapadała cisza. Kierowca pokiwał tylko głową i wycofując się, pożegnał się krótko.
Dziewczyna obserwowała jeszcze przez chwilę odjeżdżający samochód, skupiając uwagę na oponach pojazdu. Kiedy auto zniknęło wśród ogromu drzew, obróciła się i ruszyła przed siebie, zachowując przy tym prostą postawę ciała. Podbródek miała zadarty ku górze i bacznie rozglądała się po otoczeniu. To tutaj w końcu postanowiła spędzić najbliższe parę lat swojego życia. Przed nią rozciągał się widok na masywny budynek, stanowiący centrum całej placówki. Według otrzymanej w liście mapki, służył on jako główne miejsce do wszelakich nauk. Podciągnęła torbę na ramię, starając się znaleźć jakiś drogowskaz, który doprowadziłby ją do jej nowego pokoju. Czegokolwiek nie kazaliby jej zrobić, za główny cel obrała sobie odstawienie swoich rzeczy do akademika, a potem dopiero byłaby gotowa zająć się wszelkimi formalnościami. Choć z oddali rzucały jej się w oczy dwa budynki, które prawdopodobnie służyły za miejsce mieszkalne dla części uczniów, wolała poinformować kogoś o swoim przybyciu. Przez to odrzuciła swój pierwotny plan. Stwierdziła, że po załatwieniu formalności, odpoczynek w pokoju będzie czymś przyjemnym. Szukała charakterystycznych osób, które wydawałyby się sprawować większą władzę w całej instytucji. Nim udało jej się dotrzeć do odpowiednich ludzi, zdążyła poznać dwie sprzątaczki i dozorcę. Dzięki ich uprzejmości i chęci pomocy w końcu wylądowała pod gabinetem dyrektorskim. Była z lekka zirytowana, bowiem cały czas ciągnęła za sobą swój większych gabarytów bagaż. Jednocześnie zdążyła odrzucić kilkakrotnie propozycję pozostawienia go komuś, kto zaniósłby go do jej nowego pokoju. Powoli zatracała czucie w rękach, przez co chwilowe przerzucanie torby z ramienia na ramię stało się wyczerpujące. Zdając sobie sprawę, gdzie się znajdują, odchrząknęła lekko, starając się przygotować do zrobienia dobrego, pierwszego wrażenia. Korytarz był pusty i tak cichy, że jedynym dźwiękiem był jej niemrawy oddech. Opanowała go sprawnie, idealnie z momentem otworzenia się drzwi. Mężczyzna w średnim wieku skinął w jej stronę głową i gestem dłoni zaprosił do środka. Podniosła się, ponownie ciągnąc za sobą torbę. Stała właśnie przed najpotężniejszym telepatą na ziemi, co wzbudzało w niej pełen respekt wobec pana Charlesa Xaviera.
- Dzień dobry - nie mogła tak po prostu wejść bez jakiegokolwiek okazu szacunku, więc przywitała się.
- Możesz odstawić ten bagaż tutaj, a ktoś na pewno po niego zaraz przyjdzie i zaniesie ci do pokoju...-zawahał się na moment -... Lindsay Winchester, tak? - spytał.
- Tak. Tak się właśnie nazywam - potwierdziła, jednocześnie mocniej zaciskając dłonie na czarnym uchwycie torby - Nie trzeba, ale dziękuję za złożoną propozycję pomocy - dodała. Dyrektor nie zamierzał jej przekonywać, toteż w końcu weszli do gabinetu. Rudowłosa przelotnie rzuciła okiem na pomieszczenie. Panowała tu przyjemna atmosfera, a ciemne odcienie wystroju nadawały pokojowi ciepły klimat. Zasiadła na jednym z foteli, a łysawy mężczyzna zajął miejsce po drugiej stronie biurka. Dziewczyna wbiła spojrzenie w złotą tabliczkę na blacie, na której widniał napis "Charles Xavier". Swój wzrok zaczęła po kolei przenosić na inne elementy otoczenia. Szybko zdała sobie sprawę, iż powinna zająć się formalnościami, a nie przeglądać gabinet dyrektora. Pochyliła się do przodu, schylając się do własnej torby. Wyciągnęła z niej teczkę. z której wydobyła plik kartek, skrytych w przezroczystej koszulce. Przesunęła nimi po biurku.
- To wszystkie dokumenty, których mi prawdopodobnie zabrakło przy wstępnej rejestracji - oznajmiła. Mężczyzna przejął od niej papiery i zaczął je dokładnie przeglądać. Po chwili obrócił się na krześle i otworzył jedną z szuflad, znajdującą się bezpośrednio za jego siedzeniem. Przewertował stos innych papierów i wepchnął plik kartek w odpowiednie miejsce. Następnie przysunął się do biurka i otworzył najniższą szafkę. Wyciągnął z niej parę kartek i klucze.
- Tutaj przekazuję ci plan lekcji, regulamin całego instytutu i kilka dodatkowych spraw do załatwienia. Nie ma wiele do wypełnienia, jednak proszę, abyś w wolnym czasie zajęła się tym i odniosła mi to. - podsunął wszystko w jej stronę - Twój pokój znajduje się w drugim akademiku, a jego numer to cztery. - dodał. Lindsay dokładnie analizowała każde jego słowo, aby od początku mieć wszystko poukładane. Dopytała się jeszcze o kilka istotnych dla niej kwestii, a dyrektor cierpliwie odpowiadał jej na każde z zadanych pytań. W końcu, kiedy poczuła się w pełni doinformowana, z satysfakcją opuściła pomieszczenie. Od razu natknęła się na kogoś, kto zaprowadził jej do akademika.
**************************************************
Otworzyła drzwi i bez zastanowienia rzuciła torbę na najbliższe łóżko. Weszła do środka, zamykając za sobą wejście, po czym klucze postawiła na stoliku nocnym. Następne, co zrobiła, to podeszła do okna i zrzuciła przelotne spojrzenie na całą okolicę. Widok nie należał do najgorszych, a mimo to odpowiadał dziewczynie. Zielone otoczenie było dla niej o wiele przyjemniejsze od szarych bloków, do których "podziwiania" przywykła przez ostatnie kilka lat życia. Rozłożyła swoje rzeczy w szufladach, znajdujących się pod jednym z łóżek. Zajęła posłanie znajdujące się najbliżej okna. Stojący obok fotel trochę jej przeszkadzał, toteż zdecydowała się na niewielki remont, polegający na przesunięciu przeszkody bliżej okna. Wiedziała, że do końca tego tygodnia rodzice podeślą jej resztę rzeczy. Mimowolnie się uśmiechnęła. Właśnie zaczynała nowy rozdział swojego życia, w kompletnie nowym i nieznanym miejscu. Zmiany nigdy jej nie przeszkadzały, gdyż rutyna potrafiła ją zbyt szybko dobijać, a fakt, iż mogła tu opanować swoje nadnaturalne zdolności, niezmiernie ją radował. Przysiadła na fotelu i zabrała się do wypełniania otrzymanych kartek. Czuła ogromne podekscytowanie całym zajściem, bowiem od teraz wszystko miało wyglądać inaczej.
Od Ethan'a "Ratunek Mutantów"
Poniedziałek 7.00, obudził mnie alarm. Chodź na pierwszy rzut myślałem, że to budzik i machałem ręką na lewo i prawo by go wyłączyć. Lecz nieprzyjemny dźwięk dla moich uszów nie ustępował.
Otworzyłem zaspane oczy i zobaczyłem, że coś świeci na czerwono. Był to oczywisty alarm. Ruszyłem szybko swoje dupsko z wyrka i stanąłem naprzeciwko monitora. Wpisałem kod dostępu i kliknąłem na wielki czerwony wykrzyknik. Była to zaszyfrowana wiadomość. Wzdychnąłem. Znów się musiałem babrać w hackowanie. Na początku nie podejrzewałem od kogo to było. Nie przejmując wagi jaką miała miejsce tajemnicza informacja poszedłem pod prysznic. Zimna woda oblała moje gołe ciało. Było bardzo przyjemne. Nie lubiłem gorącej wody oczywiście nie licząc gorących gejzerów. Wziąłem do ręki szampon i umyłem włosy. Zapachniało mi owocami leśnymi. Może i sztuczny aromat, ale pachniał pięknie. Po opłukaniu włosów wcisnąłem na tablicy przycisk suszenia. Jedno słowo Technologia. Tak proste słowo a ile umożliwia. Po kilku sekundach moje ciało jak i włosy były już suche. Wyszedłem i podszedłem do szafy. Wybór ubrania nie stanowił dla mnie żadnego problemu. Koszulka z napisem najlepszego zespołu Queen, dżinsowe spodnie i trampki.
Usiadłem na krześle i spojrzałem na monitor. Wiadomość była dobrze zaszyfrowana. Lecz dla mnie to nie stanowiło żadnych przeszkód. Zacząłem pisać kod, który umożliwiłby mi otwarcie wiadomości. Zajęło mi to z 30min. Nie spodziewałem się, że zajmie to aż tak długo. Gdy otworzyłem wiadomość, nie wyglądała za ciekawie. Nowe plany ACG. Wzmocnili obronę. Na dodatek w pomieszczeniach laboratoryjnych jak i więzieniach było pole dzięki czemu mutanty stawały się... jakby to nazwać ludźmi. Pole blokowało ich zdolności. Zaszyfrowaną wiadomość wysłała mi Atma, główna laborantka w siedzibie ACG. Wysłała mi też szczegóły kolejnej daty przewozu dzieci do siedziby.Termin był na jutro. Musiałem o wszystkim powiadomić Profesora X. Założyłem swój strój do pracy.
Przed założeniem maski spojrzałem w lustro i przeczesałem jeszcze włosy. Chodź nie wiedziałem czemu tak zrobiłem, miałem taki nawyk. Nie wkładałem swoich katan z tyłu. Broń nie była mi potrzebna. Nie w tym momencie. Sprawdziłem czy działa wszystko sprawnie. Kombinezon był w pełni uzbrojony jak i gotowy do użytkowania. Wyszedłem z bunkra, który był ukryty w piwnicy starego domu. Dom z zewnątrz jak i wewnątrz był opustoszały i prawie wydawało się, że runie w każdej chwili. Lecz wiedziałem, że trzymają go podpory. Zamknąłem na kod piwnice i ruszyłem w stronę Instytutu. Gdy doszedłem do drzwi. Wahałem się przez chwile czy je otworzyć. Po chwili zastanowienie otworzyłem je z całym impetem. Nie wiedziałem czy uczniowie mają lekcje czy nie. Na szczęście trafiłem na tą pierwszą opcje. Ruszyłem w stronę pokoju dyrektora. Gdy chciałem zapukać nagle otworzyły się drzwi a w nich staneła Jean Grey. Dziewczyna o której mówił mi Profesor. Patrzyła w podłoge więc nie widziałem jej twarzy zbyt dokładnie. Po chwili milczenia wybiegła szturchając mnie ramieniem. Wszedłęm do pokoju zamykając drzwi. Za biurkiem siedział Profesor X. Usiadłem na krześle.
- Witaj Ethan - odparł
Wiedziałem, że mogę mu o wszystkim powiedzieć. Zdjąłem maskę. I wziąłem głęboki wdech. Wyczułem zapach starych ksiąg oraz tuszu.
- Dostałem zaszyfrowaną wiadomość - odparłem po chwili dodając - informatorka zastrzegała się, że podnieśli ostrzejsze wymagania co do trzymania mutantów.
Podałem mu pen drive. Na nim były wszystkie plany. Profesor szybko odpalił i przeglądnął.
- Będzie ciężko - odparł
- Jutro jest przewóz złapanych mutantów - odparłem - odbije je - dodałem
- Odpuść sobie tą misje - powiedział zmartwionym głosem. Zdziwiło mnie to co powiedział. Nigdy mi nie zakazywał ani nie kazał odpuszczać misji.
Wstałem szurając krzesłem. Mój wyraz twarzy pokazywał niezadowolenie.
- Nigdy ! - zacisnąłem pięść - jeżeli nie ja to kto je uratuje ?- zapytałem
- Ethan - odparł wzdychając i opierając się plecami o wuzek - jeżeli siedzibę ulepszyli broń i konwój na pewno też nie byli by tacy głupi.
- Dam rade - założyłem maskę na twarz
- To twoja decyzja, ale ja odradzam - odparł
Wiedział, że mnie nie powstrzyma. Wyszedłem z gabinetu. Uczniowie zaczęli wychodzić z klas. Poruszali sie według ustawionego grafiku. Ja niestety tak nie umiałem. Wyszedłem na świeże powietrze i wszedłem na drzewo na polanie koło akademii, które jak mi opowiadał Profesor X zasadził je razem z ojcem.
Lubiłem przesiadywać na wielkich gałęziach drzewa. Wiele przeszło jak i wiele w sobie skrywało.
Nie czułem powiewu wiatru poprzez maskę. Hamowała ona wiatr, lecz nie zapachy. Wyczuwalny był jak zawsze zapach kwiatów. Polana obejmowała niewielki rozmiar jak na polane przystało. Miej więcej rozmiarowo miała tyle samo metrów co stadion piłkarski. Na polanie były przeróżne polne kwiatki. Zawsze podczas przerwy od lekcji, uczniowie lubili przesiadywać tu. Małe ławeczki by odpocząć, miejsce do grania w szachy. To miejsce aż kipiało od ludzi którzy chcieli się zrelaksować przed nauką. Moje zajęcia miały miejsce. Lecz w klasie rzadko się pojawiałem na wskutek misji. Lecz dzis niestety musiałem na nich być. Gdy dzwonek zadzwonił jeszcze przez kilka chwil rozmarzałem o tym jak przyjemnie było by spdzić weekend poza szkołą i obowiązkami.
Przypomniało mi się, że aktualnie mam Historie z profesorem Hankiem. Zszedłem z drzewa i ruszyłem do klasy. Znajdowała się ona tuż obok gabinetu dyrektora. Zbieg okoliczności? Nie tym razem był wicedyrektorem. Klasa była staromodna jak cała szkoła. Klasa już siedziała na swoich miejscach. Tylko ja odludek spóźniony jak zwykle. Pan Bestia nie zareagował na moje spóźnienie wiedział o co chodzi, był już o tym poinformowany jak zresztą wszyscy nauczyciele. Ławki były pojedyncze by zapowiedz rozmową. Usiadłem na końcu sali przy oknie. Nie potrzebowałem jak inni robić notatki. Wszystko co było powiedziane na zajeciach zostawało w mojej głowie. Chodź tego dnia nie mogłem powiedzieć, że coś zapamiętałem z lekcji. Ciągle byłem wpatrzony w okno. Widziałem przez nie polane na której wcześniej przebywałem, na drzewie. Moją uwagę przykuła dziewczyna o śnieżnobiałych włosach. Była to ta sama co wcześniej wychodząc od profesora szturchneła mnie. Wiele o niej słyszałem od Profesora X. Nie panowała nad mocą i ponosiły ją emocje, dzięki czemu moc nasilała sie i nie mogła jej sama kontrolować. Nie była na lekcjach. Ciekawiło mnie strasznie co tam robi. Wpatrzenie w okno przerwało mi chrząknięcie Profesora Bestii.
- Ethan odpowiesz na pytanie ? - zapytał łagodnie
Klasa zaczęła szeptać i spoglądać na mnie. Może i ktoś inny na moim miejscu czułby zakłopotanie i wstyd, lecz ja nic nie odczuwałem. Spojrzałem na profesora, który czekał na odpowiedź.
- Niestety nie znam odpowiedzi - odpałem
Znałem wszystkie historie ludzkości na pamięć. Zapewne odpowiedział bym na pytanie gdybym tylko słuchał. Lecz niestety bywa i tak, że bujam w obłokach.
- Dobrze to może ktoś inny? - kontynuował lekcje.
Znów mogłem skupić się na swoim oknie. Lecz tym razem dziewczyny już nie było. Nie myślałem gdzie poszła. Bardziej mnie zastanawiało jak przebiegnie akcja ratunkowa. Musiałem dac z siebie wszystko. Po lekcjach ruszyłem do siebie. Gdy wszedłem do bunkra usiadłem na łózku i zdjąłem maskę. Zmieniłem kostium na sportowy i ruszyłem pobiegać. Przy okazji skoczyłem do restauracji zjeść. Nie byłem wybredny. Jadłem wszystko. Lecz by zachować kondycje dieta musiała być.
~~~~~
Sobota była godzina 7:00. Nie byłem leniuszkiem, który w weekend leniuchuje i wstaje w południe. Lubiłem wcześnie wstawać, dawało mi to więcej czasu na robienie różnych rzeczy. Ubrałem się w strój do biegania i jak co rano poszłem biegać. Od razu po drodze kupiłem sobie kanapkę i sałatkę. Gdy wróciłem do domu najpierw poszedłem się umyć i przebrać, dopiero wtedy zjadłem. Po jeżeniu umyłem starannie dłonie i wyrzuciłem śmieci do kosza. Wziąłem książkę i ułożyłem się na łóżku.
Pierwsza z brzegu była "Teoria wszystkiego: powstanie i losy Wszechświata" napisana przez Stephena Hawkinga. Gdy skończyłem czytać 20 stron spojrzałem na zegarek. Była już 9:00, za niedługo miał wyruszyć konwój z mutantami. Wstałem i zaznaczyłem zakładka gdzie skończyłem w książce. Ubrałem swój strój i dobrałem odpowiednią broń do misji. Tym razem chciałem bez zabijania zrobić. W konwoju były dzieci od 8 do 13 lat. Wolałem by nie widziały krwi. Wziąłem zamiast nabojów środki usypiające. Oczywiście katany też zabrałem na wszelki wypadek. Zabrałem również mini bombę, która miała wysadzić drzwi w cieżarówce by wyciągnąć dzieci. Ruszyłem na umówione miejsce. Wspiąłem się na drzewo i użyłem kamuflażu. Spojrzałem przez rolnetkę na konwój. Podwoili ochronę 2 samochody z przodu 2 z tyłu, w środku ciężarówka. Musiałem mieć plan, a niestety takiego nie miałem. Zeszłem z drzewa i spojrzałem na mapę którą jada. Wsiadłem na motor i ruszyłem w odpowiednie miejsce. Byłem przed czasem, gdyż nie dojechali jeszcze.
Wyłączyłem silnik i zsiadłem z motocyklu. Ustawiłem pułapki na samochody jednoosobowe. Na szczęście uaktywniały się gdy ja chciałem, a nie samoczynnie. Dzięki temu mogłem dowolne auto weliminować kiedy chciałem. A plan był taki by wszystkie za jednym razem. Ustawiłem w odpowiednim miejscu pułapki i schowałem się w krzakach. Po upłynięciu 5 min nadjechali.
Kliknąłem na przycisk w padzie i pierwsze auta wyleciały w powietrze i lądując dachem do góry tym samym uniemożliwiając przejazdu innym. Po chwili wysadziłem w powietrze dwa kolejne samochody z tyłu. Dwaj faceci w ciężarówce nie wysiadali. Ja zakradłem się na tył i ustawiłem bombę na drzwiach, mówiąc do dzieci by się odsunęły. Nagle usłyszałem jak z pierwszych samochodów ktoś wychodzi. Wiedziałem, że mieli obrażenia ale niektórzy mogli przeżyć. Wyciągnąłem swój pistolet naładowany pociskami usypiającymi i przeładowałem. Stanąłem pod drzwiami od ciężarówki i słuchałem kroków. Zrobiłem przewrót w kierunku samochodu, który był dachem do góry. Był to jeden z samochodów, który jechał z tyłu. Słyszałem strzały lecz nie przejąłem się. Wychyliłem się lekko zza samochodu i strzeliłem w jednego z facetów. Od razu padł, ja schowałem się ponownie. Nagle dzięki zaawansowanej masce usłyszałem jak rozmawiają ze sobą ludzie w ciężarówce: " Wyciągaj broń zastrzelimy dziada!" "Na takiego nie działa broń weź tą nową padnie i zabierzemy go, szefowi się przyda nowe trofeum". Po usłyszeniu tego czułem, że nie ma czasu. Użyłem znów swojego zaawansowanego pada i tylne drzwi ciężarówki wyleciały. Szybkim ruchem wstałem i strzeliłem w kolejnego typa. Szybko pobiegłem do ciężarówki. Zauważyłem tam 2 dzieci, zapewne bliźniaki.
- Szybko uciekajcie w prawo i schowajcie sie - odparłem i pomogłem im zejść z ciężarówki.
Pobiegli a ja już słyszałem kroki. Spojrzałem zza ciężarówki i zauważyłem, że wystrzeliwują jakiś promień ogłuszający. Na szczęście udało mi się schować głowę. Znów zrobiłem przewrót i schowałem się za samochodem. Sprawdziłem naboje i ilu ich jest. Zostali tylko dwaj. Jeden miał nowoczesną broń, a drugi zwykłą. Gdy się wychyliłem dostałem promieniem, od razu powaliło mnie na ziemię i ogłuszyło. Probowałem się pozbierać, lecz pierwszy raz spotkałem się z taką bronią. Podeszli do mnie jeszcze zanim chociażby kucnąłem.
- patrz broń działa hah ! - zaśmiał sie jeden z nich
- nie gadaj tyle pilnuj go ja ide po dzieciaki ! - odparł drugi
Ja nie miałem sił, tak jakby wszystkie moje mięśnie odmawiały mi posłuszeństwa. Lecz gdy usłyszałem o dzieciach z całych sił próbowałem wstać, lecz nic. W końcu zmusiłem sie i użyłem mocy grabieży na człowieku który stał przy mnie. Moje ciało upadło, lecz ja kontrolowałem faceta. Rzuciłem broń na ziemie i zacząłem ją deptać. Wiedziałem, że zostało mi mało czasu. Gdy znów powróciłem do swego ciała mogłem już wstać. Jakby wcześniejszy mój stan zależał od broni. Facet nie wiedział jakim cudem broń zniszczona jest. Strzeliłem pociskiem usypiającym w faceta i pobiegłem za drugim. Podciąłem mu nogi i również dostał z strzałki. Zacząłem wołać dwójkę dzieci. Przyszły gdy tylko usłyszały mój głos. Zadzwoniłem do Profesor Storm.
- Mam maluchy przyleć po nie - odparłem
- Zrozumiałam - odparł miły głos w słuchawce.
Po chwili nad nami zawiał wiatr, a spod kamuflażu ujawnił się statek.
- Nie dam rady tu wyladować niedaleko masz polane przyprowadź je -odpowiedział głos
-Rozumiem - odparłem
Gdy dotarłem z dziećmi samolot już czekał. Otworzył się tył i wyszła z niego białowłosa kobieta.
- Witaj Reaper - odparła i spojrzała na dwójkę dzieci - tylko tyle ?
- Widocznie mieli mało zgłoszeń - odparłem
Kucnęła koło nich. Dzieci miały długie włosy jakby nigdy ich nie obcinały, dlatego trudno było mi określić ich płcie.
- Jak się nazywacie ? - zapytała przyjaznym głosem
Nie odzywali sie przez chwile, aż jedno wystąpiło do przodu.
- Ja jestem Emma, a to mój brat Ron - odparła słodkim i cienkim głosikiem. Miały może po 12 lat nie wiecej.
- Chodźcie ze mną nic wam już nie grozi, zawiozę was w bezpieczne miejsce - odparła
Dzieci złapały ją za rączkę i poszły z nią do samolotu. Ja ruszyłem w drogę powrotna do swojego motocyklu. I tak minęło mi pół dnia. Wróciłem do domu spocony i nawet trochę zmęczony. Umyłem się i wysuszyłem, po czym ubrałem czyste ciuchy. Wybrałem się do miasta do restauracji i zamówiłem jedzenie na wynos i picie. Motorem pojechałem w moje ulubione miejsce gdzie mogłem w spokoju zjeść oraz odpocząć. Było to trochę za miastem. Miejscu nie uczęszczanym przez ludzi. Zrobiłem nawet sobie tu ławkę by jest normalnie jak człowiek, a nie na ziemi. Piękny zachód słońca uśmierzył ból jaki czułem w stawach. Miałem tylko kilka zadrapań po misji.
Dzień zakończył się dobrze. Po zjedzeniu oraz po zachodzie ruszyłem do domu. Musiałem pójść wcześnie spać by wypocząć.
Otworzyłem zaspane oczy i zobaczyłem, że coś świeci na czerwono. Był to oczywisty alarm. Ruszyłem szybko swoje dupsko z wyrka i stanąłem naprzeciwko monitora. Wpisałem kod dostępu i kliknąłem na wielki czerwony wykrzyknik. Była to zaszyfrowana wiadomość. Wzdychnąłem. Znów się musiałem babrać w hackowanie. Na początku nie podejrzewałem od kogo to było. Nie przejmując wagi jaką miała miejsce tajemnicza informacja poszedłem pod prysznic. Zimna woda oblała moje gołe ciało. Było bardzo przyjemne. Nie lubiłem gorącej wody oczywiście nie licząc gorących gejzerów. Wziąłem do ręki szampon i umyłem włosy. Zapachniało mi owocami leśnymi. Może i sztuczny aromat, ale pachniał pięknie. Po opłukaniu włosów wcisnąłem na tablicy przycisk suszenia. Jedno słowo Technologia. Tak proste słowo a ile umożliwia. Po kilku sekundach moje ciało jak i włosy były już suche. Wyszedłem i podszedłem do szafy. Wybór ubrania nie stanowił dla mnie żadnego problemu. Koszulka z napisem najlepszego zespołu Queen, dżinsowe spodnie i trampki.
Usiadłem na krześle i spojrzałem na monitor. Wiadomość była dobrze zaszyfrowana. Lecz dla mnie to nie stanowiło żadnych przeszkód. Zacząłem pisać kod, który umożliwiłby mi otwarcie wiadomości. Zajęło mi to z 30min. Nie spodziewałem się, że zajmie to aż tak długo. Gdy otworzyłem wiadomość, nie wyglądała za ciekawie. Nowe plany ACG. Wzmocnili obronę. Na dodatek w pomieszczeniach laboratoryjnych jak i więzieniach było pole dzięki czemu mutanty stawały się... jakby to nazwać ludźmi. Pole blokowało ich zdolności. Zaszyfrowaną wiadomość wysłała mi Atma, główna laborantka w siedzibie ACG. Wysłała mi też szczegóły kolejnej daty przewozu dzieci do siedziby.Termin był na jutro. Musiałem o wszystkim powiadomić Profesora X. Założyłem swój strój do pracy.

- Witaj Ethan - odparł
Wiedziałem, że mogę mu o wszystkim powiedzieć. Zdjąłem maskę. I wziąłem głęboki wdech. Wyczułem zapach starych ksiąg oraz tuszu.
- Dostałem zaszyfrowaną wiadomość - odparłem po chwili dodając - informatorka zastrzegała się, że podnieśli ostrzejsze wymagania co do trzymania mutantów.
Podałem mu pen drive. Na nim były wszystkie plany. Profesor szybko odpalił i przeglądnął.
- Będzie ciężko - odparł
- Jutro jest przewóz złapanych mutantów - odparłem - odbije je - dodałem
- Odpuść sobie tą misje - powiedział zmartwionym głosem. Zdziwiło mnie to co powiedział. Nigdy mi nie zakazywał ani nie kazał odpuszczać misji.
Wstałem szurając krzesłem. Mój wyraz twarzy pokazywał niezadowolenie.
- Nigdy ! - zacisnąłem pięść - jeżeli nie ja to kto je uratuje ?- zapytałem
- Ethan - odparł wzdychając i opierając się plecami o wuzek - jeżeli siedzibę ulepszyli broń i konwój na pewno też nie byli by tacy głupi.
- Dam rade - założyłem maskę na twarz
- To twoja decyzja, ale ja odradzam - odparł
Wiedział, że mnie nie powstrzyma. Wyszedłem z gabinetu. Uczniowie zaczęli wychodzić z klas. Poruszali sie według ustawionego grafiku. Ja niestety tak nie umiałem. Wyszedłem na świeże powietrze i wszedłem na drzewo na polanie koło akademii, które jak mi opowiadał Profesor X zasadził je razem z ojcem.
Lubiłem przesiadywać na wielkich gałęziach drzewa. Wiele przeszło jak i wiele w sobie skrywało.
Nie czułem powiewu wiatru poprzez maskę. Hamowała ona wiatr, lecz nie zapachy. Wyczuwalny był jak zawsze zapach kwiatów. Polana obejmowała niewielki rozmiar jak na polane przystało. Miej więcej rozmiarowo miała tyle samo metrów co stadion piłkarski. Na polanie były przeróżne polne kwiatki. Zawsze podczas przerwy od lekcji, uczniowie lubili przesiadywać tu. Małe ławeczki by odpocząć, miejsce do grania w szachy. To miejsce aż kipiało od ludzi którzy chcieli się zrelaksować przed nauką. Moje zajęcia miały miejsce. Lecz w klasie rzadko się pojawiałem na wskutek misji. Lecz dzis niestety musiałem na nich być. Gdy dzwonek zadzwonił jeszcze przez kilka chwil rozmarzałem o tym jak przyjemnie było by spdzić weekend poza szkołą i obowiązkami.
Przypomniało mi się, że aktualnie mam Historie z profesorem Hankiem. Zszedłem z drzewa i ruszyłem do klasy. Znajdowała się ona tuż obok gabinetu dyrektora. Zbieg okoliczności? Nie tym razem był wicedyrektorem. Klasa była staromodna jak cała szkoła. Klasa już siedziała na swoich miejscach. Tylko ja odludek spóźniony jak zwykle. Pan Bestia nie zareagował na moje spóźnienie wiedział o co chodzi, był już o tym poinformowany jak zresztą wszyscy nauczyciele. Ławki były pojedyncze by zapowiedz rozmową. Usiadłem na końcu sali przy oknie. Nie potrzebowałem jak inni robić notatki. Wszystko co było powiedziane na zajeciach zostawało w mojej głowie. Chodź tego dnia nie mogłem powiedzieć, że coś zapamiętałem z lekcji. Ciągle byłem wpatrzony w okno. Widziałem przez nie polane na której wcześniej przebywałem, na drzewie. Moją uwagę przykuła dziewczyna o śnieżnobiałych włosach. Była to ta sama co wcześniej wychodząc od profesora szturchneła mnie. Wiele o niej słyszałem od Profesora X. Nie panowała nad mocą i ponosiły ją emocje, dzięki czemu moc nasilała sie i nie mogła jej sama kontrolować. Nie była na lekcjach. Ciekawiło mnie strasznie co tam robi. Wpatrzenie w okno przerwało mi chrząknięcie Profesora Bestii.
- Ethan odpowiesz na pytanie ? - zapytał łagodnie
Klasa zaczęła szeptać i spoglądać na mnie. Może i ktoś inny na moim miejscu czułby zakłopotanie i wstyd, lecz ja nic nie odczuwałem. Spojrzałem na profesora, który czekał na odpowiedź.
- Niestety nie znam odpowiedzi - odpałem
Znałem wszystkie historie ludzkości na pamięć. Zapewne odpowiedział bym na pytanie gdybym tylko słuchał. Lecz niestety bywa i tak, że bujam w obłokach.
- Dobrze to może ktoś inny? - kontynuował lekcje.
Znów mogłem skupić się na swoim oknie. Lecz tym razem dziewczyny już nie było. Nie myślałem gdzie poszła. Bardziej mnie zastanawiało jak przebiegnie akcja ratunkowa. Musiałem dac z siebie wszystko. Po lekcjach ruszyłem do siebie. Gdy wszedłem do bunkra usiadłem na łózku i zdjąłem maskę. Zmieniłem kostium na sportowy i ruszyłem pobiegać. Przy okazji skoczyłem do restauracji zjeść. Nie byłem wybredny. Jadłem wszystko. Lecz by zachować kondycje dieta musiała być.
~~~~~
Sobota była godzina 7:00. Nie byłem leniuszkiem, który w weekend leniuchuje i wstaje w południe. Lubiłem wcześnie wstawać, dawało mi to więcej czasu na robienie różnych rzeczy. Ubrałem się w strój do biegania i jak co rano poszłem biegać. Od razu po drodze kupiłem sobie kanapkę i sałatkę. Gdy wróciłem do domu najpierw poszedłem się umyć i przebrać, dopiero wtedy zjadłem. Po jeżeniu umyłem starannie dłonie i wyrzuciłem śmieci do kosza. Wziąłem książkę i ułożyłem się na łóżku.
Pierwsza z brzegu była "Teoria wszystkiego: powstanie i losy Wszechświata" napisana przez Stephena Hawkinga. Gdy skończyłem czytać 20 stron spojrzałem na zegarek. Była już 9:00, za niedługo miał wyruszyć konwój z mutantami. Wstałem i zaznaczyłem zakładka gdzie skończyłem w książce. Ubrałem swój strój i dobrałem odpowiednią broń do misji. Tym razem chciałem bez zabijania zrobić. W konwoju były dzieci od 8 do 13 lat. Wolałem by nie widziały krwi. Wziąłem zamiast nabojów środki usypiające. Oczywiście katany też zabrałem na wszelki wypadek. Zabrałem również mini bombę, która miała wysadzić drzwi w cieżarówce by wyciągnąć dzieci. Ruszyłem na umówione miejsce. Wspiąłem się na drzewo i użyłem kamuflażu. Spojrzałem przez rolnetkę na konwój. Podwoili ochronę 2 samochody z przodu 2 z tyłu, w środku ciężarówka. Musiałem mieć plan, a niestety takiego nie miałem. Zeszłem z drzewa i spojrzałem na mapę którą jada. Wsiadłem na motor i ruszyłem w odpowiednie miejsce. Byłem przed czasem, gdyż nie dojechali jeszcze.
Wyłączyłem silnik i zsiadłem z motocyklu. Ustawiłem pułapki na samochody jednoosobowe. Na szczęście uaktywniały się gdy ja chciałem, a nie samoczynnie. Dzięki temu mogłem dowolne auto weliminować kiedy chciałem. A plan był taki by wszystkie za jednym razem. Ustawiłem w odpowiednim miejscu pułapki i schowałem się w krzakach. Po upłynięciu 5 min nadjechali.
Kliknąłem na przycisk w padzie i pierwsze auta wyleciały w powietrze i lądując dachem do góry tym samym uniemożliwiając przejazdu innym. Po chwili wysadziłem w powietrze dwa kolejne samochody z tyłu. Dwaj faceci w ciężarówce nie wysiadali. Ja zakradłem się na tył i ustawiłem bombę na drzwiach, mówiąc do dzieci by się odsunęły. Nagle usłyszałem jak z pierwszych samochodów ktoś wychodzi. Wiedziałem, że mieli obrażenia ale niektórzy mogli przeżyć. Wyciągnąłem swój pistolet naładowany pociskami usypiającymi i przeładowałem. Stanąłem pod drzwiami od ciężarówki i słuchałem kroków. Zrobiłem przewrót w kierunku samochodu, który był dachem do góry. Był to jeden z samochodów, który jechał z tyłu. Słyszałem strzały lecz nie przejąłem się. Wychyliłem się lekko zza samochodu i strzeliłem w jednego z facetów. Od razu padł, ja schowałem się ponownie. Nagle dzięki zaawansowanej masce usłyszałem jak rozmawiają ze sobą ludzie w ciężarówce: " Wyciągaj broń zastrzelimy dziada!" "Na takiego nie działa broń weź tą nową padnie i zabierzemy go, szefowi się przyda nowe trofeum". Po usłyszeniu tego czułem, że nie ma czasu. Użyłem znów swojego zaawansowanego pada i tylne drzwi ciężarówki wyleciały. Szybkim ruchem wstałem i strzeliłem w kolejnego typa. Szybko pobiegłem do ciężarówki. Zauważyłem tam 2 dzieci, zapewne bliźniaki.
- Szybko uciekajcie w prawo i schowajcie sie - odparłem i pomogłem im zejść z ciężarówki.
Pobiegli a ja już słyszałem kroki. Spojrzałem zza ciężarówki i zauważyłem, że wystrzeliwują jakiś promień ogłuszający. Na szczęście udało mi się schować głowę. Znów zrobiłem przewrót i schowałem się za samochodem. Sprawdziłem naboje i ilu ich jest. Zostali tylko dwaj. Jeden miał nowoczesną broń, a drugi zwykłą. Gdy się wychyliłem dostałem promieniem, od razu powaliło mnie na ziemię i ogłuszyło. Probowałem się pozbierać, lecz pierwszy raz spotkałem się z taką bronią. Podeszli do mnie jeszcze zanim chociażby kucnąłem.
- patrz broń działa hah ! - zaśmiał sie jeden z nich
- nie gadaj tyle pilnuj go ja ide po dzieciaki ! - odparł drugi
Ja nie miałem sił, tak jakby wszystkie moje mięśnie odmawiały mi posłuszeństwa. Lecz gdy usłyszałem o dzieciach z całych sił próbowałem wstać, lecz nic. W końcu zmusiłem sie i użyłem mocy grabieży na człowieku który stał przy mnie. Moje ciało upadło, lecz ja kontrolowałem faceta. Rzuciłem broń na ziemie i zacząłem ją deptać. Wiedziałem, że zostało mi mało czasu. Gdy znów powróciłem do swego ciała mogłem już wstać. Jakby wcześniejszy mój stan zależał od broni. Facet nie wiedział jakim cudem broń zniszczona jest. Strzeliłem pociskiem usypiającym w faceta i pobiegłem za drugim. Podciąłem mu nogi i również dostał z strzałki. Zacząłem wołać dwójkę dzieci. Przyszły gdy tylko usłyszały mój głos. Zadzwoniłem do Profesor Storm.
- Mam maluchy przyleć po nie - odparłem
- Zrozumiałam - odparł miły głos w słuchawce.
Po chwili nad nami zawiał wiatr, a spod kamuflażu ujawnił się statek.
- Nie dam rady tu wyladować niedaleko masz polane przyprowadź je -odpowiedział głos
-Rozumiem - odparłem
Gdy dotarłem z dziećmi samolot już czekał. Otworzył się tył i wyszła z niego białowłosa kobieta.
- Witaj Reaper - odparła i spojrzała na dwójkę dzieci - tylko tyle ?
- Widocznie mieli mało zgłoszeń - odparłem
Kucnęła koło nich. Dzieci miały długie włosy jakby nigdy ich nie obcinały, dlatego trudno było mi określić ich płcie.
- Jak się nazywacie ? - zapytała przyjaznym głosem
Nie odzywali sie przez chwile, aż jedno wystąpiło do przodu.
- Ja jestem Emma, a to mój brat Ron - odparła słodkim i cienkim głosikiem. Miały może po 12 lat nie wiecej.
- Chodźcie ze mną nic wam już nie grozi, zawiozę was w bezpieczne miejsce - odparła
Dzieci złapały ją za rączkę i poszły z nią do samolotu. Ja ruszyłem w drogę powrotna do swojego motocyklu. I tak minęło mi pół dnia. Wróciłem do domu spocony i nawet trochę zmęczony. Umyłem się i wysuszyłem, po czym ubrałem czyste ciuchy. Wybrałem się do miasta do restauracji i zamówiłem jedzenie na wynos i picie. Motorem pojechałem w moje ulubione miejsce gdzie mogłem w spokoju zjeść oraz odpocząć. Było to trochę za miastem. Miejscu nie uczęszczanym przez ludzi. Zrobiłem nawet sobie tu ławkę by jest normalnie jak człowiek, a nie na ziemi. Piękny zachód słońca uśmierzył ból jaki czułem w stawach. Miałem tylko kilka zadrapań po misji.

środa, 19 lutego 2020
Od Kim " Dołaczenie"
W walizce podręcznej miała najpotrzebniejsze rzeczy. Całą resztę miał przywieźć jej kurier w ciągu tygodnia. Na samą myśl o rozpakowywaniu tego wszystkiego miała ciarki. Nie lubiła się przeprowadzać. Podobnie jak nie przepadała za lataniem, a podróż z Korei tutaj trwała nieznośnie długo. Port lotniczy w Dallas był największym lotniskiem na świecie, więc minęły wieki zanim dotarła z terminalu do miejsca odjazdu swojego autobusu. Usiadła na ławce by odpocząć i w końcu napić się wody. Czekała ją jeszcze dwugodzinna podróż autobusem do Instytutu. Sprawdziła godzinę.
13:42 Odetchnęła głęboko i założyła słuchawki na uszy.
Podróż autobusem minęła jej zadziwiająco szybko. Według GPS po 6 minutowy spacerze miała być na miejscu. Walizka robiła się coraz cięższa i w myślach modliła się by Instytut był blisko. Szła powoli gdy jej oczom ukazał się mosiężny budynek.
- No... To robi wrażenie... - Powiedziała do siebie idąc dalej. Budynek naprawdę robił wrażenie. Ogromny dziedziniec i budynki utrzymane w stylu średniowiecznej architektury znajdujące się wokół tworzyły naprawdę fascynującą całość. Przeszła przez plac ścieżką prosto do głównego wejścia.
Nie zauważyła jednak żadnego dzwonka więc zapukała cicho po czym weszła do środka. Główny hol był równie imponujący co sam budynek. Ogromne okno znajdujące się naprzeciwko wejścia tworzyło przyjemną i ciepłą atmosferę. Jakby zapraszało już na samym wejściu by poznać Instytut bliżej. Rozejrzała się jednak w holu nie było nikogo poza nią. Swoją walizkę postawiła blisko okrągłego stołu znajdującego się pośrodku. Dość niepewnym krokiem ruszyła schodami na górę. Długi korytarz również był pusty. Mijała białe krzesła ustawione wzdłuż korytarza i drzwi, które jak sądziła były salami lekcyjnymi. Wokół panowała cisza. Zza drzwi również nie dało się słyszeć odgłosów prowadzonych lekcji. Być może już się skończyły. W końcu zbliżała sie 17:00. Doszła do drzwi na końcu korytarza. Tym razem zapukała odważniej, ale nie usłyszała odpowiedzi. Postanowiła więc wejść. Za drzwiami znajdowały się jednak kolejne drzwi na których znajdowała się informacja: Biuro Dyrektora.
- Bingo - Powiedziała do siebie i zapukała do gabinetu.
- Proszę - Usłyszała męski głos po czym pociągnęła za klamkę. Weszła do sporego pomieszczenia pośrodku którego znajdowało się biurko oraz dwa fotele. Jej uwagę zwrócił regał pełen książek. Odrazu pomyślała o tym by zaraz po załatwieniu papierowej roboty udać się do biblioteki Instytutu.
- Dzień dobry. - Spojrzała na dyrektora, który obdarzył ją ciepłym uśmiechem.
- Dzień dobry Kim. Usiądź proszę. - Xavier wskazał jej jeden z foteli naprzeciw swojego biurka. Kim już chciała zapytać skąd zna jej imię, jednak powstrzymała się i poprostu usiadła. Zanim zdecydowała się tutaj przybyć przeczytała sporo o Instytucie i jego założycielu. Nie na miejscu byłoby pytać jednego z najpotężniejszych telepatów na ziemi skąd zna jej imię. Xavier chyba usłyszał jej myśli bo uśmiechnął się rozbawiony.
- Cieszę się, że udało Ci się do nas dotrzeć z tak daleka. Jak Twoja podróż? - Dyrektor spojrzał na nią z troską przysuwając w jej stronę szklankę wody.
- Podróż komfortowa jednak męcząca. Zmiany ciśnienia mi nie służą. Podobnie jak wielogodzinne siedzenie. - Skinieniem głowy podziękowała i upiła łyk wody.
- Zapewne jesteś zmęczona dlatego zajęcia zaczniesz dopiero w przyszłym tygodniu by odpocząć i przyzwyczaić się do zmiany czasu. - To były najpiękniejsze słowa jakie mogła dzisiaj usłyszeć. Xavier zbliżył się do gabloty po swojej prawej stronie i wyciągnął z niej kluczyk. Kim upiła kolejny łyk wody, gdy Dyrektor położył kluczyk na stole wraz z plikiem dokumentów.
- Twój pokój znajduje się w Akademiku numer 1. To dwuosobowy pokój numer 4. Tutaj masz również kilka ostatnich dokumentów do wypełnienia. Przynieś mi je proszę do końca tygodnia.
- D-Dziekuję - Skinęła głową ponownie sięgając po kluczyk.
- Proszę też, byś uważnie zapoznała się z regulaminem naszego Instytutu, jeśli jeszcze tego nie zrobiłaś. Z wyjątkiem kilku pomieszczeń Instytut jest do waszej dyspozycji. W trakcie przerw między lekcjami niewskazane jest opuszczanie budynku.
- Oczywiście Profesorze. - Upiła kolejny łyk wody.
- Masz jakieś pytania moja droga?
- Narazie nie.
- Gdyby jednak jakieś się pojawiły mój gabinet stoi otworem. Nauczyciele również z chęcią rozwieją wszelkie Twoje wątpliwości.
- Oczywiście. Dziękuję.
- Tymczasem to wszystko. Odpocznij i rozpakuj się. Widzimy się w przyszłym tygodniu na zajęciach. - Profesor uśmiechnął się gdy Kim wstała.
- Dziękuję Profesorze. Do zobaczenia. - Ruszyła powoli w stronę drzwi.
- Ah! Kim. Jeszcze jedna sprawa. - Zawołał za nią Xavier.
- Tak? - Zapytała odwracając się.
- Witaj w Instytucie.
W odpowiedzi uśmiechnęła się po raz kolejny po czym wyszła z gabinetu.
Musiała przyznać, że Charles Xavier był naprawdę sympatycznym i cierpliwym człowiekiem. Gdy zeszła na dół zerknęła na mapkę, którą dostała wraz z plikiem dokumentów, by ustalić gdzie znajdował się jej akademik. Zabrała swoją walizkę i wyszła na dziedziniec.
Kilka minut zajęło jej odnalezienie swojego pokoju, ale nie posiadała się z radości gdy w końcu zobaczyła swoje łóżko. Wzięła szybki prysznic i ubrana w swoją ulubioną piżamę wyskoczyła w pościel. Chociaż decyzję podjęła jakiś czas temu nadal nie bardzo mogła uwierzyć, że tutaj jest. Ze swoim pobytem w Instytucie wiązała wielkie nadzieje, pragnąc w pełni opanować swoją moc.
Chociaż zegar wskazywał dopiero 17: 39 Kim przymknęła powieki i zasnęła.
Kim Min Joo [Yudo]

Imię i nazwisko: Kim Min Joo [Yudo]
Głos: (SUNMI)-Gotta Go
Życie:
- Wiek: 23 lata
- Płeć: Kobieta
- Data Urodzin: 1 września
- Orientacja: Heteroseksualna
Moc: Kim posiada dość osobliwą umiejętność panowania nad cieczą. Jest to odmiana hydrokinezy, która pozwala jej kontrolować nie tylko wodę, ale także inne mieszaniny takie jak błoto, krew czy zielone smoothie. Potrafi każdy płyn do siebie przywołać i skierować w wybrany kierunek, rozproszyć w powietrzu czy zamknąć w zbiorniku.Może zmienić jego temperaturę czy stan skupienia ale nie opanowała jeszcze tej umiejętności w pełni.Swoją moc może wykorzystać także do leczenia czy zwiększenia odporności na ogień, ale wszystkiego chce nauczyć się po kolei.
Klasa: 6
Pokój: Akademik nr1 Pokój nr.4
Praca: Pomocnik bibliotekarza
Charakter: Kim jest z reguły osobą spokojną i stosunkowo otwartą. Uwielbia rozmawiać na wszelkie tematy i nie ma chyba takiego, który by ją krępował. Lubi żartować, ale gdy sytuacja tego wymaga potrafi być poważna. Raczej unika konfliktów, ale sprowokowana potrafi się odgryźć. Nie toleruje chamstwa i pozerstwa i takich ludzi trzyma na dystans.
Nawiązywanie relacji z innymi nie sprawia jej problemu. Chętnie się integruje, ale od czasu do czasu potrzebuje chwili samotności dla siebie. Jest uzależniona od pracy i kieliszka wieczornego wina.
W tym co robi zawsze daje z siebie sto procent i tego samego wymaga od innych. Każde zadanie traktuje poważnie. Uwielbia wyzwania, a każdy dzień to dla niej okazja do podjęcia kolejnego.
Aparycja: 164 cm wzrostu. Jej naturalny kolor włosów to mysi blond, jednakże farbuje włosy tak często by nikt się nie zorientował. Wysportowana jednak nie wychudzona.
Wysoko na wewnętrznej części uda ma mały tatuaż. To do połowy wypełniony kieliszek wina, które tak uwielbia.
Poziom Mutanta: 3
Partner: brak
Inne:
Inne:
* Kim nie cierpi wody. Nie ma nic przeciwko kąpieli, ale deszcz czy nagły prysznic to coś co ją irytuje i wyprowadza z równowagi. Czasami żartuje, że los zadrwił z niej obdarowując ją taką mocą.
* Pomocna przy opanowaniu jej zdolności jest koreańska kaligrafia, której wciąż się uczy. Ruchy pędzlem niewiele różnią się od ruchów jakie wykonuje w trakcie używania swojej zdolności. Właśnie dlatego ciężko ćwiczy nie tylko swoje zdolności ale także trudną sztukę kaligrafii.
* Jest 23-letnią kobietą, ale ma już za sobą nieudane małżeństwo. Tak jak nakazała jej rodzina wyszła za najlepszego według nich kandydata. Po dwóch latach dobrego jednak pozbawionego miłości życia postanowiła zawalczyć o swoje szczęście i złożyła papiery rozwodowe. Z byłym mężem utrzymuje dobry kontakt, jednak rodzina się od niej odwróciła.
* Jej ukochanym żywiołem jest ogień i bardzo żałuję, że nie potrafi się nim posługiwać.
* Bardzo dużo czyta, jednak równie ważna jest dla niej praktyka.
Kontakt: Kim [howrse.pl] JongJiKwon@gmail.com [e-mail]
sobota, 15 lutego 2020
Lindsay Winchester [Deaif]
Imię i nazwisko: Lindsay Winchester [Deaif]
Życie:
- Wiek: 18 lat
- Płeć: Kobieta
- Data Urodzin: 23.12
- Orientacja: Heteroseksualna
Moc: Lindsay lubi stwierdzenie, iż prawdziwa moc człowieka, pochodzi z jego serca. W jakikolwiek sposób nie wykorzystywała by swojej zdolności, zawsze twierdzi, że źródło tej siły pochodzi z tego miejsca. Dar, jakim została obdarzona, odkryła w wieku ośmiu lat, kiedy to uparcie starała się przekonać rodziców co do słuszności własnego zdania. Nic nie szło po jej myśli, aż w pewnym momencie tak się zezłościła, że jej ciało aż wyparowało. Brzmi absurdalnie, a jednak to emocje od zawsze miały największy wpływ na jej moce. Zadziało się tak, ze względu na uszkodzony w jej organizmie gen, który uaktywnił pewną umiejętność. Lins otrzymała od losu dar kontroli pewnego rodzaju materii. Przede wszystkim, najbardziej wykorzystywanym przez nią odłamem tej zdolności jest możliwość materialnego wyparowania ze świata fizycznego i przeobrażenie się w postać niewidzialnej materii, z której w stanie jest słyszeć i widzieć wszystko, co dzieje się dookoła niej. Jest to bardzo wyczerpująca zdolność, dlatego w takiej postaci jest w stanie utrzymać się niecałą godzinę. Im więcej z tego korzysta, tym dłuższy odpoczynek musi sobie zapewnić, w celu zregenerowania sił. Jej umiejętność jest jeszcze w stanie wykorzystać w inny sposób. Choć wyraz "materia" ma wiele znaczeń, niewiele z nich pokrywa się ze zdolnościami Lindsay. Dziewczyna jest w stanie utworzyć w okół siebie pole siłowe, służące jej za tarczę przed zagrażającymi jej życiu czynnikami. Dodatkowo potrafi odbierać przedmiotom fizyczne właściwości, co polega na ich całkowitym zniknięciu ze świata fizycznego(trwa to zaledwie kwadrans). Zwierzęta może pozbawić zmysłu wzroku, co także nie trwa za długo. Nie praktykuje tego jednak, gdyż uważa zwierzęta za zbyt niewinne. Ludziom natomiast potrafi odebrać zmysł węchu,smaku i słuchu, co utrzymuje się zaledwie dziesięć minut. Z tego też nie korzysta za często, gdyż uważa to za mało humanitarne.
Klasa: 3
Pokój: Akademik nr. 2, pokój nr 4
Praca: Pracownik Księgarni w Centrum Handlowym
Charakter: Lindsay to osoba o specyficznym sposobie postępowania. Pierwsze wrażenie, jakie sprawia, to dama z wyuczonymi na pamięć podstawami dobrych manier i nienagannym zachowaniem. To trochę mylne stwierdzenie, lecz tylko po części mijające się z prawdą. Dziewczyna pragnie się dobrze prezentować w gronie nowych osób, a jednocześnie stara się w ten sposób odpychać od siebie ludzi o patologicznej postawie. Zdarza jej się zostać odebranym jako osoba arogancka, ale Lins nie bardzo dba o fałszywe opinię innych. Ponad wszystko ceni sobie prawdomówność, a kłamstwo to cecha, którą uważa za najgorszą z istniejących na świecie wad. Nieograniczona szczerość czyni ją autentyczną i wiarygodną, aczkolwiek dla niektórych jest ona po prostu chamska i ma zawyżone mniemanie o własnej osobie. Nie czuje wyrzutów sumienia z powodu powiedzenia komuś odrobinę za dużo. Ciężko dla niej znaleźć miejsce między określeniem "gadatliwa" a "małomówna". Nie prowokuje do rozpoczęcia rozmowy, wiedząc, jakie konsekwencje ciągnie za sobą sprzeczność poglądów. Lindsay potrafi bowiem podjąć się rozwiniętej konwersacji tylko wtedy, kiedy musi wybronić trzymanego przez nią zdania. Determinacja, jaką w sobie ma, współpracuje z jej zawziętością, czyniąc ją trudną przeciwniczką w rozmowach, gdyż zawsze stawia na swoim. Potrafi pojąć własne błędy, bywa przez to względem siebie mocno krytyczna, aczkolwiek przyznanie cudzej racji nie idzie w parze z jej upartą naturą.Przede wszystkim nie daje sobą pomiatać. Zna swoją wartość i się jej trzyma, przez co pewność siebie jest odbierana u niej jako wada. Posługuje się bogatym zasobem słownictwa, przy czym gardzi przekleństwami i ludźmi notorycznie klnącymi. Wykazuje się zobojętniałym nastawieniem na wiele rzeczy, przez co pogłębia sobie w oczach innych opinię egoistki. Nie przejmuje się tym, gdyż uważa, iż martwić się powinna jedynie o zagrożenia pobliskich terytoriów. Pomocna nie jest, bowiem unika możliwości jakichkolwiek pozytywnych konfrontacji z innymi. Mimo wszystko, nazwanie jej zamkniętą w sobie, mijało by się z rzeczywistością. Lindsay do otwartych osób nie należy, najprościej określić ją mianem "neutralna". Z trudem idzie zawieranie jej nowych znajomości, wszakże ostro mierzy nieznajomych, którzy mieli odwagę zagadać do niej. Z innej stroni, ceni takich ludzi. Lins bowiem jest niezwykle tolerancyjna względem odmiennych orientacji i kolorów skóry, aczkolwiek nie obnosi się z tym publicznie. Stosuje zasadę wzajemnego szacunku, więc zachowanie z nią neutralnych stosunków jest dosyć łatwe. Odmienne zdania nie stanowią dla niej problemu, Z pewnością imponuje jej sposób, w jaki dana osoba się wyraża. Im więcej kultury w cudzej wypowiedzi, tym większy respekt kieruje w jego stronę rudowłosa, co także podwyższa szansę na bardziej pozytywne relacje. Jej pewność siebie pozwala jej na publiczne wyrażanie własnej opinii, nawet, jeśli jest ona wbrew wszelkim regułom. Ryzykowna buntowniczka, a jednak podejmuje się jedynie manifestacjom słownym. Nie w jej naturze niszczenie przedmiotów materialnych w akcie złości. Nawet, kiedy się denerwuje, ciężko to po niej dostrzec. Kamienna twarz i pewność siebie błyskająca w jej oczach, a głos wiecznie trzyma się jednej tonacji. Opanowanie i spokój, jakie w niej przebywają, znikają w przypadku pojawienia się innego i obcego zdania. Lindsay jest w stanie ignorować cudzy pogląd dopóki ten ktoś, nie będzie w ten sposób obrażał jej prywatnych przemyśleń. Posiada zdolność wysłuchiwania innych, lecz i tak uparcie trzyma się własnych poglądów. Jej zbyt ambitne cele bywają wręcz nieosiągalne. Stanowcza w swoich czynach, czasami bywa mocno zaborcza. Przez większość swojego bytu, była zawziętą realistką, lecz po odkryciu swych mocy zaczęła spoglądać na świat przez nieco inny pryzmat. Wbrew pozorom nie jest ona wredna, ani marudna. Zazwyczaj akceptuje przeciwności losu, tłumacząc sobie, że nie wszystko zawsze musi iść po jej myśli. . Nie skupia się ona jednak na własnym świecie. Jest bardzo odpowiedzialna i niezawodna, toteż można być pewnym, że jeśli obieca wykonać daną czynność, to zrobi to. Cechuje się nadzwyczajną spostrzegawczością, wszak kiedy ignoruje się innych ludzi, można dostrzec sporo ciekawych rzeczy. Perfekcjonistka jakich mało, a drobne błędy wywołują w niej ogromną irytację. Jest bardzo pracowita, toteż nie lubi tracić czasu na bezsensownym wpatrywaniu się w ścianę. Żywiołowa i niezwykle ruchliwa. Zazwyczaj kieruje się tym, co mówi jej umysł, a także ufa własnej intuicji. Potrafi działaś sprawnie, choć zawsze podchodzi do poważnych spraw racjonalnie, toteż wpierw myśli, potem działa. W sytuacjach kryzysowych ufa samej sobie i kieruje się tylko instynktem. Podejmowanie decyzji przychodzi jej z łatwością, bowiem nie jest ona roztrzepana i wiecznie niezdecydowana. W razie konieczności jest w stanie zachować spokój, podchodząc do sprawy w sposób racjonalny. Uśmiech wbrew podejrzeniom często gości na jej twarzy, choć niekiedy jest on arogancki i sarkastyczny. Śmiech wywołują u niej tylko żarty z zakresu "Czarnego Humoru". Wielkie zainteresowania pokłada wobec wszelkich rodzajów aktywności fizycznych, a szczególnie koszykówki i tańca. Bardzo lubi zwierzęta, przez co zrezygnowała ze spożywania mięsa i od paru dobrych lat jest wegetarianką. Bywa sarkastyczna i ironiczna, szczególnie, gdy ktoś nie dowierza w jej czyny. Rzuci czasami jakąś ciętą ripostą, lecz nie jest w tym specjalnie dobra. Jej ulubiony kolor to czarny, co bardzo wpływa na dominujące w jej otoczeniu barwy ubrań i mebli. Lindsay ma swój ulubiony cytat: "Niepotrzebne są potwory, by świat stał się straszny. Ludzie wystarczą". Nie potrafi znieść fakty, że człowiek jest zdolny do krzywdzenia w wszelki sposób natury. Zdecydowanie ceni w ludziach kreatywność, tym bardziej pasjonują ją sceniczne występy. Uwielbia podziwiać sztuki teatralne i czytać dobre książki. Gardzi romansami,a bardzo pociągają ją thrillery. Ma bardzo rozwiniętą wyobraźnię i w wolnym czasie pisze opowiadania w swoich ulubionych mrocznych motywach z nutką fantastyki. Dodatkowo lubi czytać mangi i oglądać anime.
Aparycja: Rudowłosa dziewczyna o drobnej sylwetce. Poczynając od ogółu, jej wzrost wynosi trochę ponad przeciętne 171 centymetrów. Waga nie jest zbyt proporcjonalna, wszak to zaledwie 44 kilogramy. Na niedowagę z pewnością wpływ może mieć niechęć do jedzenia, która wiąże się z przebytym zaburzeniem żywieniowym. Jadłowstręt pozostawił po sobie efekty, widoczny w postaci wątłej sylwetki. Obojczyk mocno wystaje przez chorobliwie bladą skórę, bywającą niekiedy uznawaną za białą. Lindsay jest ogromną przeciwniczką metalu w skórze, dlatego nie wyobraża sobie posiadanie choćby jednego kolczyka w ciele. Podobny stosunek odnosi do tematu tatuaży, aczkolwiek na takową rzecz byłaby prędzej skłonna się zgodzić. Opisując ją od góry, z czubka głowy rozrastają się gęste włosy, o swym naturalnym, rudym kolorze. Zazwyczaj są one rozpuszczone, w swojej naturalnej, pofalowanej strukturze. Jej cera jest wyjątkowo delikatna i zadbana, okolice twarzy i ramion pokrywają jasne piegi. Brwi wyraziste i w pełni prawdziwe, bowiem nie używała na nich żadnych przyborów kosmetycznych. Barwa tęczówek wpada w odcień znajdujący się między błękitem a kolorem morza. Nos średniej wielkości, o lekko zadartej postaci. Niżej znajdują się pełne usta o jasnoróżowych wargach. Lins była ogromną przeciwniczką wszelkiego rodzaju makijażu, dopóki nie odkryła tuszu do rzęs, chodź używa go tylko na specjalne uroczystości. O wiele bardziej preferuję swą naturalną twarz. Lekko wysunięty podróbek i charakterystyczne widoczne kości policzkowe, są jej znakiem rozpoznawczym. Schodząc niżej, natrafiamy na średniej wielkości klatkę piersiową, co dawniej wywoływało u dziewczyny kompleksy. Szczupłe ramiona i długie, wąskie palce u delikatnych dłoni. Zadbane paznokci, które traktowane są tylko odżywiającym lakierem. Widoczne wcięcie w tali, przy której biodra i tak wyglądają na wyjątkowo wąskie. Długie i chude nogi, z lekką przerwą między udami. Za największy atut uważa swoje rude i gęste włosy, które nigdy nie podlegały zabiegom zmiany koloru.
Poziom Mutanta: 4
Partner: Nie wątpi w to, że jej serce może zabić kiedyś szybciej dla „tego jedynego"
Inne:
- Inne zdjęcia: 1
- Jest leworęczna, choć w sportach w niewielkim stopniu opanowała korzystanie z prawej ręki.
- Nie umie zbytnio rysować, a śpiewa dosyć przeciętnie. Za to ma rozwinięty warsztat pisarski. Chlubi się w pisaniu opowiadań i wierszy, a jednym z jej planów jest stworzenie własnej sagi książek. Ceni teatr, szczególnie uwielbia spektakle muzyczne.Chciałaby wyćwiczyć swój głos na tyle, by móc wystąpić kiedyś w musicalu (choć zwykły spektakl jej wystarczy)
- Jest wegetarianką
- To dosyć chorowita osoba. Ma bardzo słabe krążenie pomimo sporej ilości sportu w jej życiu. Jej skóra jest wiecznie zimna, a ona sama potrafi marznąć przy wysokich temperaturach.
Kontakt: witto59[howrse.pl] witto59@gmailcom [e-mail]
Subskrybuj:
Posty (Atom)
